Rokrocznie, w okolicy połowy sierpnia, Ziemia zostaje obrzucona kamieniami. Właściwie to nawet nie tyle kamieniami, co paromilimetrowymi okruszkami, nazywanymi przez astronomów meteoroidami. Mimo skromnych rozmiarów dają na niebie niezły pokaz. Wpadają w atmosferę z prędkościami przekraczającymi 30 km/s (trzydzieści razy szybciej od pocisku karabinu snajperskiego!), nagrzewając się do temperatury 1600 stopni, jonizując powietrze na swojej trasie i pozostawiając za sobą nadspodziewanie długie smugi światła.
W ten sposób maleńkie ziarenko na moment przed swoim wyparowaniem, zmienia się w widowiskowy meteor.

Piękne, ale skąd to się bierze?
Przestrzeń kosmiczna nie jest bynajmniej absolutną pustką. W przestrzeni między planetami krąży mnóstwo gruzu, a jego odłamki ściągane siłą grawitacji nieustannie spadają na większe ciała. Każdego roku w ziemskiej atmosferze spala się aż 20 tysięcy ton materiału skalnego. Jakieś dziesięć wywrotek na dobę.
Nie zauważamy tego, ponieważ w większości ma on postać pyłu, który znika niemal bez śladu już w górnych warstwach atmosfery. Tylko niektóre ziarenka okazują się na tyle dorodne i wpadają pod takim kątem, żeby spłonąć w sposób widoczny gołym okiem.
Taką pojedynczą spadającą gwiazdę (nie cierpię tego sformułowania i użyję go tylko raz), przy odrobinie szczęścia możesz zobaczyć w dowolny wieczór. Są jednak okresy, kiedy nasza planeta zostaje zasypana przez rój lub, jak to ładnie niektórzy określają, deszcz meteorów. Do najsławniejszych rojów należą Perseidy oraz Leonidy, które powracają cyklicznie.
Ale skąd biorą się całe deszcze? I dlaczego wracają tak regularnie?
Są takie obszary w Układzie Słonecznym, gdzie “zapylenie” przestrzeni jest znacznie większe niż w innych. Można je przyrównać do wąskich pasów lub strumieni, które czasem przecinają się z orbitami planet. Za każdym razem, kiedy Ziemia podczas swojej wędrówki dookoła Słońca przelatuje przez taki strumień, naraża się na wzmożony ostrzał.

Deszcz meteorów może mieć przy tym bardzo zróżnicowaną intensywność – od lekkiej mżawki do niemal kosmicznego gradobicia – zależnie od tego, na jak gęsty fragment strumienia wpadniemy danego roku. (Przy Perseidach widać cykl modulowany przez grawitację Jowisza, który lekko przesuwa strumień w taki sposób, że średnio co 12 lat doznajemy intensywniejszego bombardowania. Ostatni taki pik mieliśmy w 2016 roku, kolejny będzie w 2028).
Wszystko to ma związek z kometami. Czasem istniejącymi, a czasem takimi, które już się rozpadły.
Producentem sierpniowych spektakli jest kometa 109P/Swift–Tuttle. Blok lodu i skał o średnicy 26 kilometrów, który porusza się po mocno rozciągniętej orbicie. Naprzemiennie wylatuje aż poza orbitę Plutona i co 133 lata nurkuje do wnętrza Układu Słonecznego (w tym momencie znajduje się prawie 6,5 mld kilometrów stąd). Przy każdym takim zbliżeniu do Słońca, obiekt podgrzewa się, wypuszcza parę, gazy i pyły, składające się na spektakularny warkocz.
“Włosy”, które wypadają z kometarnego warkocza nie znikają, lecz powoli odkładają się w przestrzeni. Dlatego z biegiem czasu, po tysiącach obiegów, materia została rozrzucona na całej długości szlaku przemierzanego przez kometę. To właśnie strumień drobinek, który przecina się z orbitą naszej planety. A ponieważ zarówno Ziemia jak i Swift–Tuttle poruszają się po stabilnych trajektoriach, deszcz Perseidów wypada zawsze pomiędzy 17. a 24. sierpnia.

Czy właśnie napisałeś, że przecinamy orbitę dużej, rozpędzonej komety?
Cóż, tak. Ale na razie nie powinniśmy się tym przejmować. Wiemy na pewno, że kiedy kometa Swifta-Tuttle’a następnym razem odwiedzi centrum Układu Słonecznego w 2126 roku (większości z nas i tak już tu nie będzie), w ogóle nie zbliży się do Ziemi. Kolejne przeloty w obecnym tysiącleciu również nie powinny stanowić problemu: symulacje wskazują, że ryzyko impaktu nie przekracza w żadnym wypadku 0,000002%. Dopiero w roku 3044 kometa minie nas w stosunkowo bliskiej odległości ~1,5 mln, czyli czterokrotności dystansu Ziemia-Księżyc. Jednak prawdopodobnie nawet wtedy będziemy bezpieczni.
To mocno pocieszające, bo mówimy o obiekcie większym i szybszym od meteorytu, który 66 milionów lat temu wykończył dinozaury i 3/4 ziemskich gatunków.
Perseidy, Leonidy, Geminidy… Mamy jeszcze jakieś inne “idy”?
Mamy i to sporo. Sklasyfikowaliśmy do dzisiaj ponad sto różnych rojów meteorów. Ich nazwy pochodzą od konstelacji na niebie, w których znajduje się radiant roju.
Radiant?
Wyobraź sobie, że stoisz na torach kolejowych i patrzysz w dal – linie torów wydają się zbiegać w jednym punkcie na horyzoncie. Dokładnie to samo dzieje się z meteorami pochodzącymi od tej samej komety. Wszystkie lecą równolegle do siebie, ale z naszej perspektywy wydaje się, że wychodzą z jednego punktu na niebie – radiantu.
Zgodnie z tą regułą deszcz Perseidów ma swoje źródło w gwiazdozbiorze Perseusza, Leonidy w gwiazdozbiorze Lwa, Andromedydy w Andromedzie i tak dalej. Czasami sprawę komplikuje łacina, bo np. radiant Arietydów leży w konstelacji Byka, czyli Aries, a Geminidów w Bliźniętach – Gemini.
| Nazwa | Szczyt | Częstotliwość na godzinę | Kometa macierzysta |
| Geminidy | 14 XII | 100–120 | Planetoida (3200) Phaethon |
| Perseidy | 12 VIII | 60–100 | Swift–Tuttle |
| Orionidy | 21 X | 20–70 | Halley |
| Lirydy | 22 IV | 15–30 | Thatcher |
| Leonidy | 17 XI | 10–400 | Tempel-Tuttle |
| Drakonidy | 9 X | 10–20 | Giacobini-Zinner |
| Ursydy | 22 XII | 10–20 | Tuttle |
Perseidy nieprzypadkowo cieszą się największą popularnością wśród amatorów astronomii. Są regularne, całkiem obfite (średnio jedno zdarzenie na minutę), dobrze widoczne z naszego kraju, no i można ich wypatrywać w przyjemnych okolicznościach w ciepły letni wieczór (w odróżnieniu od grudniowych Geminidów). Z drugiej strony, najbardziej spektakularne ulewy meteorów przynosiły nam nie Perseidy lecz Leonidy. Mają one jednak pewną wadę: chociaż wracają co listopad, to pełnię swojej mocy pokazują jedynie co 33 lata – zaraz po przelocie ich komety macierzystej. W zwykły rok ten rój wypada dość blado na tle bardziej przewidywalnych Perseidów.
Mamy też kilka rojów dziennych. Tych jednak nie możesz podziwiać, o ile nie posiadasz prywatnego radioteleskopu.
To kiedy i gdzie mogę zobaczyć ten deszcz Perseidów?
Szczyt aktywności Perseidów przypada zwykle na 12–13 sierpnia. Najlepiej udać się na nocny spacer i zwrócić swój wzrok na północny wschód, ku konstelacji Perseusza. Jeśli ci to pomoże, powyżej znajduje się nieco jaśniejszy gwiazdozbiór Kasjopei… No dobra, masz tu graficzną ściągawkę:

A TAK W OGÓLE TO… Deszcze meteorów są zwykle związane z kometami, jednak istnieje wyjątek. Kiedy naukowcy zaczęli analizować rój Geminidów, spostrzegli, że pozostawiane w atmosferze ślady mają odmienną charakterystykę, co dało się wytłumaczyć większą gęstością meteoroidów. Dopiero w 1983 roku działający w podczerwieni satelita IRAS odkrył, że ten konkretny rój nie ma związku z żadną kometą, a strumień, przez który w grudniu przechodzi Ziemia, pozostawiła kruszejąca planetoida (3200) Phaethon.
