W tym tekście nie będę (prze­sad­nie) szydził z foliar­skiej prze­ni­kli­wo­ści, ani pytał, gdzie stało studio filmowe, w którym Stanley Kubrick nakrę­cił rzekomą insce­ni­za­cję lotu Apollo 11. Nie zamie­rzam też cofać się do szkoły pod­sta­wo­wej, wyja­śnia­jąc dla­cze­go flaga “faluje” w próżni, pod lądow­ni­kiem nie powsta­je wiel­gach­ny krater, a na zdję­ciach nie widać gwiazd. To już zrobili inni. Setki razy.

Dla odmiany pro­po­nu­ję podejść do sprawy od trochę innej strony. Załóżmy na jakiś czas, że inter­ne­to­wi tro­pi­cie­le spisków mogą mieć rację. Ame­ry­ka­nie rze­czy­wi­ście sfa­bry­ko­wa­li księ­ży­co­wą trans­mi­sję z 1969 roku, a może i wszyst­kie inne. Zwiedli cały świat, włą­cza­jąc w to patrzą­cych im na ręce Sowie­tów, naukow­ców i media. Oszu­ka­li prawie każdego.

Wia­dom­ka.

Teraz zadajmy sobie nastę­pu­ją­ce pytanie: 

Jak, do diabła, zdołali utrzymać coś takiego w tajemnicy przez ponad pół stulecia?

Jak mawiał Lord Varys (nie­kwe­stio­no­wa­ny auto­ry­tet w dzie­dzi­nie knowań i intryg): jeżeli tajem­ni­cę zna więcej niż kilka osób, to już żadna tajem­ni­ca. To informacja.

Nie chcę przez to powie­dzieć, że jako ludzie jeste­śmy kom­plet­nie nie­zdol­ni do ukry­wa­nia swoich celów. Żeby nie szukać daleko, Ame­ry­ka­nie potra­fi­li zbu­do­wać tajny kom­pleks pośrod­ku niczego, odizo­lo­wać od świata grupę kilku tysięcy spe­cja­li­stów i zlecić im skon­stru­owa­nie broni masowej zagłady. Tyle tylko, że cała kon­spi­ra­cja miała miejsce w warun­kach wojen­nych, trwała zale­d­wie dwa lata, a na koniec i tak okazało się, że strze­żo­ny ośrodek w Los Alamos przez więk­szość czasu inwi­gi­lo­wa­li komuniści.

Na potrze­by Pro­jek­tu Man­hat­tan Ame­ry­ka­nie w kilka mie­się­cy wznie­śli tajny kom­pleks badaw­czy w Los Alamos, zamiesz­ki­wa­ny przez 8 tysięcy naukow­ców, tech­ni­ków i żoł­nie­rzy. Ofi­cjal­nym adresem kore­spon­den­cyj­nym labo­ra­to­rium była skrytka pocz­to­wa 1663 Santa Fe w Nowym Meksyku.

Dlatego zawsze jakoś trudno było mi dawać wiarę opo­wie­ściom o jeszcze więk­szych, glo­bal­nych spi­skach, sku­tecz­nie utrzy­my­wa­nych w tajem­ni­cy przez pół wieku.

Twój sceptycyzm to żaden argument ani dowód.

Muszę się zgodzić, na razie to tylko subiek­tyw­ne spo­strze­że­nie. Okazuje się jednak, że przy odro­bi­nie chęci można to spo­strze­że­nie pode­przeć twardą i zimną matematyką.

Pora przy­wo­łać wła­ści­we­go boha­te­ra tego wpisu, którym jest irlandz­ki fizyk i dzien­ni­karz naukowy David Robert Grimes. Jak każdy współ­cze­sny popu­la­ry­za­tor nauki, Grimes regu­lar­nie spo­ty­kał się z komen­ta­rza­mi, zarzu­ca­ją­cy­mi mu krycie kłamstw kli­ma­to­lo­gów, przyj­mo­wa­nie łapówek od kon­cer­nów far­ma­ceu­tycz­nych oraz cho­dze­nie na pasku NASA. 

W pewnym momen­cie stwier­dził, że ma już dość mar­no­wa­nia kolej­nych godzin na tłu­ma­cze­nie ludziom, jak irra­cjo­nal­ny jest pomysł, że więk­szość naukow­ców z różnych zakąt­ków globu zajmuje się ukry­wa­niem prawdy przed spo­łe­czeń­stwem. Posta­no­wił to zała­twić po nauko­we­mu. W 2016 roku przed­sta­wił publi­ka­cję O żywot­no­ści prze­ko­nań spi­sko­wych, w której pojawił się nastę­pu­ją­cy wzór:

Wygląda zło­wro­go, ale wyraża intu­icję wyra­żo­ną kilka aka­pi­tów wyżej. Każda dodat­ko­wa osoba zamie­sza­na w spisek + każdy kolejny rok jego trwania = więk­sze­mu ryzyku przecieku.

Jeśli wolisz, możesz wyobra­zić sobie spisek jako bombę zega­ro­wą. Ładunek wybucha, kiedy o sprawie dowia­du­je się opinia publiczna.

Im więcej osób, którym powie­rzo­no sekret, tym szybsze tykanie zegara.

Jak ustalono tempo “tykania”?

Inspi­ra­cją dla Grimesa były praw­dzi­we ame­ry­kań­skie spiski, które po jakimś czasie zostały zde­ma­sko­wa­ne. W swojej publi­ka­cji przy­wo­łał on m.in. program PRISM (masowa inwi­gi­la­cja ujaw­nio­na przez Snow­de­na), eks­pe­ry­ment Tuske­gee (nie­etycz­ne badania na czar­no­skó­rych pacjen­tach chorych na syfilis), skandal labo­ra­to­rium FBI (fabry­ko­wa­nie dowodów kry­mi­na­li­stycz­nych) oraz aferę Water­ga­te (pod­słu­chi­wa­nie prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych Nixona).

Na pod­sta­wie tych przy­pad­ków fizyk obli­czył, że praw­do­po­do­bień­stwo wycieku na skutek błędu lub zdrady poje­dyn­cze­go kon­spi­ra­to­ra, wynosi około 0,0004% rocznie (1–ψ ≈ 4×10⁻⁶). Co i tak jest, jego zdaniem, bardzo ostroż­nym założeniem.

I co ta formuła mówi nam o lądowaniu na Księżycu?

To naj­lep­sza część. Dla przy­kła­du Grimes zasto­so­wał swój wzór do czte­rech szcze­gól­nie żywot­nych teorii spiskowych.

  • Misty­fi­ka­cja lądo­wa­nia na Księ­ży­cu. Żeby sfin­go­wać lot na Księżyc, NASA musia­ła­by wta­jem­ni­czyć w spisek mniej więcej 411 tys. osób. W tym astro­nau­tów, inży­nie­rów, tech­ni­ków, aktorów, reży­se­rów, ope­ra­to­rów kamery, speców od efektów spe­cjal­nych, a także wszyst­kich pra­cow­ni­ków agencji, których w szczy­to­wym okresie pro­gra­mu Apollo było znacz­nie więcej niż dziś. Przy takim roz­ma­chu, spisek roz­padł­by się przed upływem 3 lat i 8 mie­się­cy. Gdyby więc NASA rze­czy­wi­ście sfał­szo­wa­ła lądo­wa­nie z 1969 roku, to tajem­ni­ca prze­trwa­ła­by naj­da­lej do końca 1972.
  • Sfa­bry­ko­wa­nie dowodów na glo­bal­ne ocie­ple­nie. Jeśli weź­mie­my w rachubę wyłącz­nie fizyków atmos­fe­ry, aktyw­nie publi­ku­ją­cych na temat antro­po­ge­nicz­nych zmian klimatu (ok. 30 tys. osób), oszu­stwo utrzy­ma­ło­by się niecałe 5 lat. Gdy­by­śmy nato­miast dodali do tego mete­oro­lo­gów, kie­row­ni­ków insty­tu­tów badaw­czych, uni­wer­sy­te­tów i stacji pomia­ro­wych, to grono spi­skow­ców spu­chło­by do 405 tys. W takim ukła­dzie prawda wyszła­by na jaw, niemal równie szybko jak w przy­pad­ku pro­gra­mu Apollo: 3 lata i 9 mie­się­cy. A ponie­waż spe­cja­li­ści biją na alarm co naj­mniej od lat 80., część już dawno temu zaczę­ła­by sypać.
  • Spisek szcze­pion­ko­wy. W mini­mal­nym warian­cie (tylko pra­cow­ni­cy WHO i CDC) potrze­bo­wa­li­by­śmy 22 tys. osób. Jednak jeśli dodamy prze­mysł far­ma­ceu­tycz­ny spod znaku Big Pharmy – ulu­bień­ców każdego pro­epi­de­mi­ka – to już mamy na pokła­dzie 736 tys. poten­cjal­nych kon­spi­ra­to­rów. W wersji roz­sze­rzo­nej wynisz­cza­nie ludz­ko­ści tok­sycz­ny­mi szcze­pion­ka­mi, zosta­ło­by zde­ma­sko­wa­ne w 3 lata i 2 miesiące.
  • Ukry­wa­nie leku na raka. Gdyby naj­więk­sze kon­cer­ny far­ma­ceu­tycz­ne rze­czy­wi­ście ukry­wa­ły lek na raka (w co według Euro­ba­ro­me­tru wierzy prawie 40% Polaków), potrze­bo­wa­ły­by zaan­ga­żo­wa­nia 714 tys. badaczy i per­so­ne­lu. Taki sekret wyszedł­by na jaw po 3 latach i 3 miesiącach.

Gene­ral­na rada Grimesa jest taka: jeżeli chcesz, aby twoje niecne plany pozo­sta­ły w ukryciu przez co naj­mniej dekadę, to prze­zor­nie nie wta­jem­ni­czaj w nie więcej niż kil­ka­set osób. 

Należy przy tym zwrócić uwagę, że funkcja N(t) we wzorze dotyczy liczby zaan­ga­żo­wa­nych pod­mio­tów w danym momen­cie, np. na począt­ku spisku. To oznacza, że – o ile spisek nie wymaga cią­głe­go pie­lę­gno­wa­nia lub tuszo­wa­nia – czas działa na naszą korzyść. Ludzie chorują, sta­rze­ją się, spadają ze schodów, zabie­ra­jąc sekret do grobu. Z czasem liczba pamię­ta­ją­cych prawdę, będzie natu­ral­nie maleć.

To wszyst­ko tylko nie­do­sko­na­ły model sta­ty­stycz­ny, a rze­czy­wi­stość jest zawsze bar­dziej złożona. Jednak bez względu na przy­ję­te para­me­try (choć autor i tak był tu kon­ser­wa­tyw­ny), główna kon­klu­zja pozo­sta­je taka sama. Praw­dzi­we intrygi znane z kart histo­rii – jak wspo­mnia­na afera Water­ga­te – obej­mo­wa­ły rela­tyw­nie mały krąg zaufa­nych ludzi, a i tak zazwy­czaj wypły­wa­ły na powierzch­nię po zale­d­wie paru latach.

Powodów do zdrady jest całe mnóstwo. Jednego będą drę­czy­ły wyrzuty sumie­nia i ciężar życia z nie­wy­god­ną prawdą. Inny poczuje chęć zemsty na swoich moco­daw­cach za zwol­nie­nie lub nie­do­ce­nie­nie. W grę może wcho­dzić żądza sławy albo zysku – wiele mediów zapłaci krocie za odpo­wied­nią sen­sa­cję. Bywa też, że sekret wycieka zupeł­nie przy­pad­kiem, przez głupi błąd lub chwi­lo­wą nie­ostroż­ność. A napraw­dę trudno mieć się na bacz­no­ści w każdych oko­licz­no­ściach, przez długie lata. Czasem wystar­czy kilka drinków, długi język i nie­wła­ści­we towa­rzy­stwo w barze…

Roz­ma­wia­jąc o sekre­tach, zawsze należy uwzględ­nić czynnik ludzki. Jeśli więc twoja teoria spi­sko­wa wymaga mil­cze­nia dzie­sią­tek albo setek tysięcy ludzi przez całe dekady, to powinna zostać bły­ska­wicz­nie zde­ma­sko­wa­na. Jeżeli tak się nie stało, to naj­praw­do­po­dob­niej dlatego, że po prostu żadnego spisku nie było. Od strony sta­ty­stycz­nej, ist­nie­nie dłu­go­trwa­łych, maso­wych, glo­bal­nych mega­kon­spi­ra­cji wydaje się prak­tycz­nie nierealne.

Może szeregowi uczestnicy spisku są kontrolowani przez małą grupę ludzi na górze?

Żeby kon­tro­lo­wać 100 tys. naukow­ców, potrze­bo­wał­byś armii kon­tro­le­rów, którzy sami staliby się częścią spisku, nadmu­chu­jąc krąg wtajemniczonych.

Używają zaawansowanych technologii kontroli umysłu!

Ok, więc teraz mamy spisek w spisku. Kto wyna­lazł tę tech­no­lo­gię? Kto i gdzie ją obsługuje?

A co jeśli większość osób nie wie, że uczestniczy w spisku?

To już sen­sow­niej­sza uwaga. Fak­tycz­nie, model Grimesa w swojej ele­ganc­kiej pro­sto­cie zakłada, że każdy wta­jem­ni­czo­ny zna całość planu i ma iden­tycz­ną szansę, żeby go ujawnić. Nie uwzględ­nia hie­rar­chi­za­cji i oszczęd­ne­go wydzie­la­nia infor­ma­cji sze­re­go­wym wyko­naw­com, którzy mogą jedynie dokrę­cać śrubki, prze­twa­rzać dane i wyko­ny­wać pole­ce­nia, bez zna­jo­mo­ści szer­sze­go kontekstu.

Jednak taki sce­na­riusz może zadzia­łać tylko w spe­cy­ficz­nych warun­kach. Potrzeb­na jest dosko­na­ła orga­ni­za­cja i żelazna dys­cy­pli­na w dys­try­bu­owa­niu infor­ma­cji. Projekt musiał­by znaj­do­wać się pod ścisłą kon­tro­lą, bez prze­cie­ków wewnętrz­nych, bez impro­wi­za­cji, bez ludzi cho­ro­bli­wie ambit­nych i prze­sad­nie ciekawskich. 

Można to sobie wyobra­zić w gronie sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wa­nych szpie­gów i żoł­nie­rzy, pra­cu­ją­cych nad jakimś ultra­taj­nym sys­te­mem uzbro­je­nia. Ale jak miałoby to funk­cjo­no­wać w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim? Cywilni badacze repre­zen­tu­ją­cy insty­tu­cje roz­sia­ne po całym globie – powiedz­my eks­per­ci od klimatu – nie­świa­do­mie pro­du­ko­wa­li­by zgodnie nie­praw­dzi­we dane? Recen­zen­ci i redak­to­rzy wszyst­kich reno­mo­wa­nych cza­so­pism przez dekady uda­wa­li­by, że nie widzą powta­rza­ją­cych się fał­szerstw? Nacią­ga­ne jak leg­gin­sy z bazaru po trzecim praniu.

Poza brakiem zróż­ni­co­wa­nia poziomu wta­jem­ni­cze­nia kon­spi­ra­to­rów, praca Grimesa ma jeszcze kilka dys­ku­syj­nych punktów. Krytycy naj­czę­ściej zwra­ca­ją uwagę na ryzyko ugrzęź­nię­cia w tzw. błędzie prze­ży­wal­no­ści.

W tym kon­tek­ście polega on na tym, że całe rozu­mo­wa­nie oparto tylko o kilka spisków, które zostały wykryte. A co jeżeli ist­nia­ły (może nawet ist­nie­ją) jakieś wielkie, nie­sa­mo­wi­cie sku­tecz­ne intrygi, które nigdy nie wyszły na jaw? Powsta­je para­doks. Zasta­na­wia­my się nad czymś z defi­ni­cji ukrytym, biorąc pod uwagę tylko to, co zostało odkryte.

Kon­struk­to­rzy z czasów II wojny świa­to­wej chcieli wzmac­niać te części samo­lo­tów, w które naj­czę­ściej tra­fia­ły pociski. Mate­ma­tyk Abraham Wald zauwa­żył, że to błąd logicz­ny, bo sku­pia­li się na maszy­nach, które zdołały wrócić z misji, a nie tych, które zostały zestrze­lo­ne. Para­dok­sal­nie klu­czo­we są “czyste” obszary, ponie­waż tra­fio­ne w nie samo­lo­ty w ogóle nie wracały do bazy. Badacze teorii spi­sko­wych mają podobny problem. Opie­ra­ją analizy wyłącz­nie na spi­skach, które są im znane, siłą rzeczy nie uwzględ­nia­jąc tych poten­cjal­nie naj­waż­niej­szych, które nigdy nie wyszły na jaw. Tylko jak tego uniknąć?

Inna wąt­pli­wość jest ciut bar­dziej złożona. W zało­że­niach Grimesa prze­ciek to prze­ciek – sygna­li­sta prze­ry­wa zmowę mil­cze­nia, alar­mu­je spo­łe­czeń­stwo i wszyscy są obu­rze­ni. Tyle tylko, że współ­cze­sny inter­net pęka w szwach od “dowodów” doku­men­tu­ją­cych chyba każdą wymy­ślo­ną teorię spi­sko­wą. Skąd mamy wie­dzieć, czy w morzu spre­pa­ro­wa­nych gło­só­wek i reali­stycz­nych deep­fa­ke­’ów nie ma jakie­goś auten­tycz­ne­go mate­ria­łu? W dobie per­ma­nent­nej wojny infor­ma­cyj­nej spisek nie musi już być szczel­ny. Wystar­czy, że prze­ciek nie zosta­nie potrak­to­wa­ny poważnie.

Kilka niedociągnięć jest…

Nikt nie mówił, że zmie­rze­nie teorii spi­sko­wej będzie łatwe. Formułę Grimesa można trak­to­wać z pewnym dystan­sem, jednak już sama próba spro­wa­dze­nia cha­otycz­ne­go, zło­żo­ne­go i enig­ma­tycz­ne­go zja­wi­ska spo­łecz­ne­go do war­to­ści licz­bo­wych, jest według mnie warta uwagi. Mate­ma­ty­ka ma tę prze­wa­gę nad intu­icją i emo­cja­mi, że zmusza nas do pre­cy­zyj­ne­go rozu­mo­wa­nia i kon­fron­ta­cji z kon­kret­ny­mi danymi.

Wszyst­kie te roz­wa­ża­nia przy­po­mi­na­ją też, że jedną z głów­nych przy­czyn popu­lar­no­ści teorii spi­sko­wych – obok braku wiedzy i umi­ło­wa­nia dla chłop­skie­go rozumu – jest kom­plet­na nie­świa­do­mość skali poszcze­gól­nych zjawisk i przed­się­wzięć. Bo kiedy ktoś twier­dzi, że NASA sfał­szo­wa­ła lądo­wa­nie na Księ­ży­cu, to zacho­wu­je się, jakby cho­dzi­ło o zmowę gro­mad­ki astro­nau­tów i inży­nie­rów, nad­zo­ro­wa­nych przez paru kra­wa­cia­rzy, zamknię­tych w zaciem­nio­nym pokoju z cyga­ra­mi w ustach. Nie wie – albo nie chce wie­dzieć – że program Apollo trwał 11 lat, anga­żo­wał na różnych szcze­blach ponad 400 tysięcy ludzi, a jego postępy bacznie obser­wo­wa­ły media (i szpie­dzy) z całego świata.

Dlatego kiedy następ­nym razem trafisz na gagatka głęboko prze­ko­na­ne­go o praw­dzi­wo­ści jakie­goś mega­spi­sku, zadaj mu trzy krótkie pytania:
Ile osób musia­ło­by brać w tym wszyst­kim udział? Jak długo musie­li­by milczeć? I czy plan o takiej skali, napraw­dę brzmi jak coś prawdopodobnego?

Być może nie zmie­nisz jego zdania.

Ale przy­naj­mniej nie spę­dzisz kilku godzin na wyja­śnia­niu podstaw fizyki i jałowej dys­ku­sji o “podej­rza­nych” cie­niach na zdję­ciach z Księżyca.

A TAK W OGÓLE TO… Chcesz praw­dzi­we­go spisku? Dr Jeffrey Wigand, bio­che­mik i były wice­pre­zes firmy tyto­nio­wej Brown & Wil­liam­son, w 1996 roku publicz­nie ujawnił, że jego koncern w pełni świa­do­mie dodawał do papie­ro­sów silnie rako­twór­cze sub­stan­cje che­micz­ne, mające wzmoc­nić uza­leż­nie­nie palaczy. Naukow­ca pró­bo­wa­no zastra­szyć, pozwać i znisz­czyć kam­pa­nią oszczerstw. Nie pomogło. Wigand wystą­pił w znanym pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym 60 Minutes, wywo­łu­jąc poli­tycz­ne trzę­sie­nie ziemi i przy­czy­nia­jąc się do ugody, która kosz­to­wa­ła branżę tyto­nio­wą 200 miliar­dów dolarów. Tyle wystar­czy­ło: jeden czło­wiek, który znał prawdę i nie chciał dłużej milczeć.

Kategorie: