Na północnym krańcu Półwyspu Kolskiego, pośrodku surowego pustkowia, znajduje się najgłębszy odwiert świata. Brzmi ekscytująco, ale w rzeczywistości mógłbyś go bardzo łatwo przeoczyć. Otwór skrywają resztki obskurnych murów, przypominających ruiny dawno opuszczonej kopalni albo fabryki. Dopiero, kiedy zagłębiłbyś się w to gruzowisko (i nie umarł na tężec, po skaleczeniu o porozrzucane wszędzie zardzewiałe blachy), natrafiłbyś na niepozorną okrągłą pokrywę.

Przypadkowy wędrowiec mógłby ją uznać za element infrastruktury albo starą studzienkę kanalizacyjną. Ale to właśnie tu, pod zaplombowanym metalowym wiekiem znajduje się SG‑3, czyli Kolskaja Swierchgłubokaja Skważyna – Supergłęboki Odwiert Kolski. Schodzi 12 262 metry pod powierzchnię ziemi, co od czterdziestu lat stanowi formalny i wciąż niezagrożony rekord.
O samej głębokości jeszcze pogadamy, ale najpierw parę słów o tym, dlaczego sowieccy geolodzy w ogóle wpadli na pomysł przewiercenia zmarzniętej powierzchni kolskiej tundry.
Podobnie jak w przypadku wielu innych szalonych przedsięwzięć ubiegłego stulecia, tłem dla powstania SG‑3 była zawzięta rywalizacja Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych (polecam właściwy soundtrack). Dwa supermocarstwa nie przepuszczały żadnej okazji do udowodnienia swojej wyższości. Kto zmajstruje potężniejszą bombę jądrową? Kto przywiezie więcej medali z igrzysk olimpijskich? Kto osiągnie wyższe plony? Kto wzniesie wyższy budynek? Kto jako pierwszy postawi stopę na Księżycu? Kto zdobędzie mistrzostwo świata w szachach?
W cieniu tego wszystkiego, niemal równolegle do wyścigu kosmicznego, trwał wyścig w głąb Ziemi. Zainicjowali go Amerykanie. W 1958 roku naukowcy zgrupowani w American Miscellaneous Society wyszli ze zwariowanym pomysłem dowiercenia się do nieciągłości Mohorovičicia (w skrócie Moho) – obszaru granicznego oddzielającego skorupę ziemską od górnego płaszcza.

Projekt Mohole zakładał wykonanie odwiertów w dnie oceanicznym, gdzie logicznie rzecz biorąc, skorupa planety jest wyraźnie cieńsza (~10 km) niż na powierzchni kontynentów (20−80 km). Pomysł ambitny, ale skały nie chciały współpracować. Trzy lata i sto milionów dolarów później, wywiercono pięć otworów, z których najgłębszy sięgnął 183 metrów poniżej dna. Projekt nie poszedł na marne, ponieważ powiedział uczonym co nieco o strukturze skał oceanicznych i wpłynął na rozwój techniki wiertniczej (ku wielkiej radości koncernów naftowych), ale powiedzmy szczerze – ledwie zarysował skorupę ziemską.
Dla radzieckich uczonych było to doskonałe pole do udowodnienia swojej siły. A także okazja do odzyskania części prestiżu, utraconego w momencie wbicia amerykańskiej flagi w powierzchnię Księżyca.

Z takim nastawieniem, przy akompaniamencie międzynarodówki i partyjnych okrzyków o prymacie nauki, powołano Międzyresortową Radę Naukową ds. Badań Wnętrza Ziemi i Ultragłębokich Odwiertów. Jej zadaniem było przygotowanie najdokładniejszego modelu skorupy ziemskiej, opracowanie nowoczesnych metod poszukiwania surowców mineralnych i przede wszystkim, przeprowadzenie serii odwiertów badawczych o nieosiągalnej dotąd głębokości.
Łopatę wbito w 1970 roku, na pamiątkę setnej rocznicy urodzin ojca bolszewizmu, Włodzimierza Lenina. W odróżnieniu od leniwych zachodnich imperialistów, Sowieci postanowili wiercić na lądzie. Zdawali sobie sprawę, że w ten sposób nie dotrą do płaszcza (jeszcze raz: skorupa kontynentalna jest znacznie grubsza od oceanicznej), ale i tak widzieli szansę na zapisanie się w historii i wymazanie paru rekordów.
Na lokalizację wybrano obwód murmański, a dokładniej zachodni fragment Półwyspu Kolskiego, blisko granicy z Norwegią. Jedyną ludzką osadą na tym obszarze było miasteczko Zapolarnyj, zamieszkane przez pracowników przemysłu wydobywczego.

Od strony geologicznej jest to niezwykłe miejsce, gdzie ziemia odsłania najstarsze formacje skalne w Europie, liczące nawet 3 miliardy lat. Stabilność podłoża gwarantowała, że otwór nie zapadnie się niespodziewanie, a każda kolejna warstwa będzie cenną stroną w kronice dziejów naszej planety. Badacze mieli też nadzieję, że skały za kołem podbiegunowym nie będą tak rozgrzane jak w innych regionach, co nieco ułatwiłoby operowanie na dużych głębokościach.
Było naukowo, ale z rozmachem. Przy SG‑3 w szczytowym momencie pracowało nawet 3 tysiące osób, w tym naukowcy, inżynierowie, geofizycy oraz zwykli robotnicy. Pierwsze siedem kilometrów szło jak z płatka. Na tym etapie prace prowadzono seryjną wiertnicą Uralmasz-4E, wykorzystywaną do poszukiwań i wydobycia ropy naftowej oraz gazu. Przejście na głębokość 7200 m zajęło cztery lata.

Potem zaczęło się piekło. Nie tylko w związku z temperaturami, które rosły szybciej niż zakładano. Zamiast posłusznych jednorodnych skał, maszyneria coraz częściej natrafiła na warstwy przypominające babciny przekładaniec. Tu twardo, tam miękko, wiertło się klinuje, sprzęt pęka, co chwila ktoś rzuca soczystym Сука блять!
Wtedy do gry wkroczył prawdziwy potwór. Uralmasz-15000 – specjalnie zaprojektowana platforma rozmiarów bloku z wielkiej płyty i ważąca tyle, co pięćset radzieckich czołgów (porównanie celowe, ponieważ podczas wojny zakłady Uralmasz w Jekaterynburgu zajmowały się właśnie produkcją czołgów T‑34).
Na wszelki wypadek wyjaśnię od razu, że w urządzeniu tego rodzaju nie obraca się cała wprowadzana do otworu rura, lecz tylko jej dolna część z zainstalowanym wiertłem. Oczywiście pisząc “wiertło” nie mam na myśli spiralnego podłużnego wiertła, jakie kupujemy w Castoramie. Do takich operacji wykorzystywane są specjalne głowice, zakończone tarczami z diamentowymi wypustkami lub zębami. Podczas pracy napędzana hydraulicznie głowica skrobie skałę, zbierając materiał do środka rury (często przy pomocy wprowadzanej pod ciśnieniem płuczki). Taki rdzeń w formie kolumny wyciętego podłoża, jest później wyciągany na powierzchnię i trafia do laboratoriów.

Na Półwyspie Kolskim używano głównie głowic o średnicy 214–230 mm, które ulegały zniszczeniu mniej więcej co 10 metrów. Dlatego prace ciągnęły się całymi latami: po zaledwie czterech godzinach wiercenia potrzeba było kolejnych kilkudziesięciu godzin na wyciągnięcie wiertła, zamontowanie nowego i powtórne wprowadzenie go do kanału. W sumie podczas projektu zużyto ponad 50 kilometrów aluminiowych rur (stal pękłaby pod własnym ciężarem) i kilkaset głowic, z których każda kosztowała tyle, co nowa Wołga.
Magiczną granicę 12 kilometrów przekroczono pod koniec 1983 roku. Zbliżał się Międzynarodowy Kongres Geologiczny w Moskwie, więc wstrzymano prace, zachęcając naród do celebracji miażdżącego sukcesu radzieckiej myśli technicznej. Wydano okolicznościowe znaczki pocztowe, Półwysep Kolski odwiedziło 70 delegacji z różnych stron świata, a Minister Geologii stał się nagle jednym z najpopularniejszych polityków w ZSRR. Odwiertem Kolskim zainteresowali się nawet redaktorzy Księgi rekordów Guinnessa.

Poświęćmy chwilę na docenienie głębi tego osiągnięcia. Pomyślcie tylko. Rekordowe szyby południowoafrykańskiej kopalni złota Mponeng sięgają 4,2 km. Mount Everest ma wysokość 8,8 km. Dno Rowu Mariańskiego (notabene również zmierzone przez radzieckich uczonych) znajduje się 11 km poniżej poziomu morza. Nawet jeżeli mówimy tylko o wąskim odwiercie badawczym, przebicie się przez 12 kilometrów skał, nadal robi kolosalne wrażenie.

Na tym jednak Sowieci nie mieli zamiaru zakończyć – wymarzonym celem pozostawało 15 kilometrów. Po paru miesiącach hucznego świętowania, wrócono do pracy. Wtedy doszło do katastrofy.
Po przewierceniu zaledwie 60 metrów, oderwał się potężny fragment kolumny wiertniczej. Pięć kilometrów (!) rur zwyczajnie utknęło w ciasnym otworze głęboko pod ziemią. Przez siedem miesięcy inżynierowie próbowali znaleźć sposób na wydłubanie sprzętu. Desperackie starania przypominały prowadzenie operacji wycięcia guza mózgu w rękawicach bokserskich. Po ciemku.

W końcu należało pogodzić się z losem i wykonać duży krok wstecz. Jedyną szansą było wydrążenie bocznego toru i obejście przeszkody.
W sumie podczas wieloletnich zmagań z kapryśny skałami, powstały cztery duże obejścia (powyżej dwóch kilometrów) i kilka pomniejszych. W efekcie odwiert nie przypominał już prostego pionowego tunelu, a bardziej coś na kształt złożonego systemu korzeni z odnogami o średnicy zaledwie 21 centymetrów. Jednak nawet improwizowane objazdy i olbrzymia cierpliwość, nie pozwoliły zejść wiele niżej. Sowieci ostatecznie poddali się w 1990 roku, po dotarciu na głębokość 12 262 metrów.
Wielokrotnie przebąkiwano o kontynuowaniu prac, inwestycji w lepszy sprzęt, postawieniu nowoczesnego laboratorium lub chociaż muzeum. Zamiast tego parę lat później projekt stracił finansowanie, obiekt został opuszczony, a słynny otwór zwyczajnie przykryto metalową pokrywą i zaspawano.

No dobrze, ale czy pod ziemią znaleziono coś wartościowego, poza paliwem do machiny propagandowej?
Otóż całkiem sporo:
- Sfalsyfikowano hipotezę, wedle której płyty kontynentalne, głęboko pod granitem, miały skrywać warstwę bazaltu. Wbrew oczekiwaniom trafiano wyłącznie na kolejne pokłady granitu, gnejsy i skały metamorficzne.
- Okazało się, że temperatury na dużych głębokościach rosną szybciej niż zakładano. Na poziomie 12 kilometrów pomiary wskazywały 220°C, zamiast oczekiwanych ~150°C.
- Paleontolodzy dostali prezent w postaci doskonale zachowanych skamieniałości mikroplanktonu, wydobytych z głębokości 6,7 km i liczących sobie 2 miliardy lat.
- No i woda. Do tego momentu uczeni byli przekonani, że ekstremalne ciśnienie “wycisnęłoby” ze skał wszelkie ciecze i gazy. Tymczasem nawet poniżej 9 kilometrów natrafiano na pory więżące próbki pradawnej wody, metanu, helu i wodoru.

Co prawda, pod względem medialności Odwiert Kolski nigdy nie mógł mierzyć się z misjami kosmicznymi, ale miał swoje pięć minut sławy i, co by nie mówić, naprawdę przysłużył się światowej geologii. Jak przystało na duży projekt badawczy, doczekał się nawet własnej teorii spiskowej. Wedle niej naukowcy zdecydowali się zwinąć sprzęt po tym, jak nagrali wydobywające się z głębi planety krzyki potępionych dusz (nie wiadomo czy krzyczały po rosyjsku).
Zachodnie brukowce powoływały się na relację niejakiego dr. Azzakova, zamieszczone w fińskim czasopiśmie naukowym. Naukowiec miał twierdzić, że po dowierceniu się na głębokość 14,5 km, do otworu wpuszczono aparaturę, która wykazała nagły skok temperatury do 2000°C oraz zarejestrowała wysokie dźwięki, przypominające krzyki. Przerażeni inżynierowie odmówili dalszej pracy.
Była to historia godna legendy Radia Erewań. Dr Azzakov oczywiście nie istniał, fińskie źródło okazało się durną plotkarską gazetą, odwiert nigdy nie sięgnął 14,5 km, a temperatury ledwo przekroczyły 200°C. Nie muszę też chyba pisać, że nikt nie wpuszczał do odwiertu mikrofonu i nie zarejestrował żadnych jęków, płaczów, ani rechotu szatana.
Oczywiście kłamstwo potrafi okrążyć świat, zanim prawda zdąży włożyć buty. Dlatego opowieść o rosyjskiej bramie do piekła została podchwycona przez wiele bulwarówek oraz amerykańską prochrześcijańską stację telewizyjną TBN. Na wizji odtwarzano nawet rzekome nagrania jazgotu potępionych dusz, jak się później okazało, wycięte z włoskiego horroru klasy B pt. Baron krwi.
To tak dla przypomnienia, że proces tabloidyzacji odkryć naukowych, zaczął się na długo przed rozpowszechnieniem internetu.
A TAK W OGÓLE TO… SG‑3 pozostaje najgłębszym odwiertem świata, ale nie jest już najdłuższy. Od 2008 roku ten rekord należy do szybu BD-04A na katarskim polu naftowym Al-Shaheen. Mierzy on 12 289 metrów, prześcigając odwiert kolski o 27 metrów. Jednakże BD-03A biegnie niemal poziomo pod dnem Zatoki Perskiej, nie schodząc głębiej niż 3 kilometry. Pod tym względem radziecki otwór pozostaje niezrównany.

Do takiej dziury możnaby dorobić wiele teorii i analogii. Dzięki za bardzo ciekawy tekst. Nigdy o tym odwiercie wcześniej nie słyszałem.
To nie dziura, ale otwór.
Otwór jest na wylot, a dziura ma dno. Jak kopiesz dziurę w ziemi to ma dno. Jak robiśz otwór w kurtce to na wylot
Dobrze napisał — otwór wiertniczy. Ukończony otwór wietniczy to odwiert. Nawet w górnictwie odkrywkowym nie ma dziur tylko wyrobiska.
Mi zawsze tłumaczono, że otwór jest celowy i ma swoje przeznaczenie (niezależnie czy jest na wylot czy nie) natomiast dziura jest w kieszeni, jezdni lub nawet w budżecie, czyli niecelowa i niechciana.
Jakoś nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić 12 km tunel wgłąb ziemi. To się nie zasypał już dawno na różnych głębokościach? Przecież tam jest ciśnienie, ruchy płyt? Nie wiem czy to nie jest głębiej no ale tak bez wzmocnienia…
No i ta temperatura. W ziemi skomasowanej jest mnóstwo energii termicznej jak widać.
Świetny artykuł, gratuluję wyboru tematu!
Aż dziw, że ten odwiert jest tam pozostawiony pod jakąś starą kopułą. W sumie nie mam koncepcji, że powinni chrzcić to miejsce, ale zawsze po takim przedsięwzięciu jak zostaje taka pustka, to tak dziwnie się robi.
Drobny błąd w artykule (albo na fotce?):
W tekście: 12 262 m.
Na fotce: 12 226 m.
Kto ma rację? 😀
Ha, nawet tego nie zauważyłem. Sprawdziłem raz jeszcze w kilku źródłach (również rosyjskich) i wszędzie widnieje wartość 12 262 m. 😐 Nie sądzę, aby gdzieś obok przypadkowo znajdował się inny otwór o głębokości 12 226 m. Napis wygląda na doraźnie napisany czymś w rodzaju kredy — może rzeczywiście został naniesiony na szybko, na potrzeby zdjęcia przez jakiegoś fana urbexu, który po prostu się machnął?
Albo temat na piękną teorię spiskową, że te te 36 metrów niżej było już piekło i musieli się wycofać… Zasięgi i sponsorzy na wyciągnięcie ręki 😉
W dodatku, jako prawilni komuniści nie mogli tego ogłosić, więc zwinęli program i zaspawali dziurę. Kurdę… to się układa w logiczną całość… Wchodzimy w spółkę? :))
Pamiętam, że gdzieś w latach mojej młodości (gdzieś za rządów premiera Tuska) w jakiejś gazecie był już artykuł o takiej teorii spiskowej, nosił tytuł: “Amerykanie na Księżycu, a Rosjanie w piekle”.
Związek Radziecki nawet sięgając dna musi to robić tak żeby iść na rekord xD A tak poważnie to jest to imponujące osiągnięcie. Aż szok że tak po prostu stwierdzili że w sumie to już nie będą ładować w to dłużej pieniędzy i się zwinęli jakby nic się tam nie działo.Dowiedzieli się czego się dowiedzieli, najwyraźniej więcej już nie potrzeba. Smutno trochę. Ale jak oni to robią że im wiertło nie ucieka na boki…
kurde fajna strona
Rosjanie wiercili dziurę, a otwory wiercił cywilizowany świat.
U nas na zachodzie mówi się że dziura jest w dupie, u Sowietów dupa jest wszędzie, więc wierci się dziury.
“a temperatury ledwo przekroczyły 200°C”
To nie jest przypadkiem tak, że temperatura jest jedna, tylko w różnych punktach przybiera odmienne wartości?
Hmm… prawdopodobnie to skrót myślowy, ale trochę mnie on razi… wiertło, płuczka, rdzeń… Więc… stosowane wiertła są/były typu trepanacyjnego, gdzie wykrawany rdzeń wsuwa się do rury, a płuczka służy do usuwania urobku z samej korony wiertła (no ok. ma też zastosowanie chłodząco smarujące).
Sam artykuł ciekawy… choć o samym SG‑3 słyszałem już sporo wcześniej, to nie za bardzo kojarzyłem jego lokalizację, a także nawet nie przypuszczałem, w jakim jest obecnie opłakanym stanie.
Zgrzytania zębów też nie nagrano?