Kilka lat temu australijska firma Cortical Labs wzbudziła małą sensację. Zademonstrowała futurystyczny układ złożony z kilkuset tysięcy żywych komórek nerwowych, wyhodowanych na kawałku krzemu o wielkości paznokcia, zanurzonych w odżywczym roztworze i podłączonych do systemu mikroelektrod. W ten sposób powstała krzemowo-biologiczna hybryda, którą… nauczono grać w Ponga. Neurony nie wiedziały, że grają. Niczego nie wiedziały. Ale poruszały paletką i z czasem robiły to coraz sprawniej.
Minęły raptem cztery lata i Australijczycy wrócili z nowym modelem. Urządzenie CL1 okazało się na tyle zaawansowane, że poza prostym odbijaniem piłeczki, nauczono je mordować demony w klasycznym Doomie z 1993 roku. Co prawda, zdolności maszyny nadal są mocno ograniczone – ciągle ginie jak ostatni noob, o czym później – ale od czegoś trzeba zacząć.
Mózg w słoiku, który uczy się strzelać! Świetnie. Co może pójść nie tak?
To żaden mózg w słoiku, tylko cienka warstwa komórek nerwowych, wyhodowana na specjalnym podłożu. Andy Kitchen z Cortical Lab porównał tę technologię do smarowania tostu masłem orzechowym: “Bierzesz te neuronalne komórki progenitorowe i rozsmarowujesz je na siatce elektrod. Tam też są pewne wiążące substancje chemiczne, które mogą sprawić, że będą one lepiej przylegać. Neurony są tak blisko tych elektrod, że kiedy się aktywują, można je wyczuć”.

Neurony stosowane w CL1 pochodzą od dorosłego człowieka – ale bez paniki, nikt nikomu nie gmerał w czaszce. Do procedury wystarczą dowolne komórki somatyczne, pochodzące chociażby ze skóry albo krwi. W laboratorium są one cofane do stanu “dziecięcego”, a następnie odpowiednimi sygnałami białkowymi przeprogramowywane na dowolny inny typ komórki ciała. Nazywa się to metodą indukowanych pluripotencjalnych komórek macierzystych (iPSCs). W praktyce wystarczy kawałek skóry, żeby założyć hodowlę neuronów (czy czego tam aktualnie potrzebujemy).
Sądzę, że warto docenić postęp w tej sferze. Pierwsze chipy korzystały z neuronów korowych pobieranych z embrionów myszy, co było rozwiązaniem trudno skalowalnym i wątpliwym od strony etycznej (nie, ciężarna samica nie wracała po wszystkim do swojej norki). Dlatego Cortical Labs zdecydowało się na iPSCs. Nie trzeba nikogo zabijać, ani wykonywać żadnych inwazyjnych zabiegów, a z jednego dawcy można wyprodukować (przynajmniej teoretycznie) nieograniczoną liczbę neuronów o znanych właściwościach genetycznych.
Tyle jeżeli chodzi o biologię. Żeby taki układ mógł cokolwiek “obliczyć”, potrzebuje odpowiedników hardware i software, zaprojektowanych specjalnie do obsługi żywych komórek nerwowych.
Sercem CL1 jest matryca mikroelektrod MEA (Micro-Electrode Array). Przyjmuje ona postać płytki z dziesiątkami lub setkami maleńkich elektrod, na której rosną neurony. Elektrody pełnią podwójną funkcję: odczytują aktywność elektryczną komórek (potencjały czynnościowe, tzw. spike’i) i jednocześnie mogą wysyłać do tych komórek impulsy stymulujące. Innymi słowy, MEA to interfejs pozwalający czytać z sieci neuronalnej i pisać do niej. Dzieje się to w czasie rzeczywistym, z opóźnieniami liczonymi w mikrosekundach.

Wcześniejszy prototyp Cortical Labs (DishBrain), korzystał z gęstej matrycy CMOS-owej MaxOne. Taki chip miał 26 tys. fizycznych elektrod, choć w praktyce do jednoczesnego odczytu wykorzystywał 1024 kanałów. Co ciekawe nowszy CL1 poszedł w drugą stronę i używa znacznie prostszej, zaledwie 64-elektrodowej matrycy. Był to świadomy kompromis konstrukcyjny. Gęsta matryca pozwalała śledzić aktywność z rozdzielczością sięgającą każdej pojedynczej komórki, jednak przypominało to picie z hydrantu. Informacji było zdecydowanie zbyt dużo, żeby przetwarzać je w czasie rzeczywistym. Rzadsza matryca daje mniej szczegółowy obraz sieci, ale za to pozwala szybciej reagować na wszelkie zmiany aktywności.
I jak coś takiego nauczono grać w FPS‑y?
Do tego zadania oddelegowano jednego naukowca, który patrzył jak biokomputer gra i tłumaczył mu, kiedy ma iść w lewo, kiedy w prawo, kiedy strzelać. A gdy komórki nie wykonywały poprawnie poleceń, były rażone prądem.

Tak poważnie, to nie. Mechanizm uczenia oparto o teorię aktywnej inferencji oraz zasadę wolnej energii Karla Fristona. Brzmi jak coś trudnego, a jest jeszcze trudniejsze. Ale też fascynujące.
Friston to brytyjski neurobiolog i jeden z najchętniej cytowanych współczesnych naukowców. Jego wielka idea głosi, że mózg nie jest tylko biernym odbiornikiem bodźców, lecz systemem ciągłego zgadywania: co wywołało określone wrażenia zmysłowe i co stanie się za chwilę. To aktywna inferencja. Z zasady wolnej energii wynika natomiast, że samoorganizujący się system – czy to ludzki mózg, bakteria, czy stosik neuronów na płytce – zachowuje się tak, jakby unikał stanu zaskoczenia. Nie chodzi o zaskoczenie w sensie emocjonalnym i subiektywnym, tylko o szok informacyjny, związany z małym prawdopodobieństwem wystąpienia danego stanu.
Spróbuję to uplastycznić. Budzisz się rano, wchodzisz do kuchni, a tam przy stole siedzi pingwin cesarski w okularach i czyta instrukcję obsługi mikrofali. To jest zaskakujące nie (tylko) dlatego, że pingwiny są zabawne, tylko dlatego, że twój umysł ma wprasowany model świata, w którym pingwiny rzadko przebywają w polskich kuchniach i jeszcze rzadziej studiują sprzęt AGD.

Zostawiając nieloty na boku. Wolna energia jest tutaj czymś w rodzaju miary nieznośnego hałasu, który dociera do układu z zewnątrz i który nie pasuje do tego, z czym miał wcześniej do czynienia. Zdaniem Fristona organizm, który notorycznie musi sobie radzić ze stanami skrajnie dla siebie nietypowymi, długo nie pociągnie. Dlatego kluczowe dla przetrwania jest redukowanie zaskoczeń przez naukę i próby przewidywania świata. Zasada ta daje o sobie znać już na poziomie komórkowym.
Cortical Labs sprytnie to wykorzystali. W eksperymencie z Pongiem neurony otrzymywały informację o pozycji piłki przez stymulację elektryczną wybranych elektrod. Aktywność neuronów w wyznaczonych “regionach motorycznych” sterowała paletką: więcej aktywności w regionie A przesuwało paletkę w górę, w regionie B w dół. Kiedy piłka trafiała w paletkę, neurony dostawały krótki, regularny, przewidywalny bodziec – odpowiednik nagrody dla psiaka, który poprawnie wykonał komendę.

Kiedy piłka przeleciała obok paletki, komórki bombardowano czterosekundową salwą nieskoordynowanych impulsów o różnej częstotliwości i napięciu. Z perspektywy sieci neuronalnej był to odpowiednik irytującego klaksonu nad uchem.

Zadziałało. Neurony nie musiały chcieć wygrać, bo przecież nie mają żadnych pragnień. Jednak zgodnie z pomysłem Fristona sieć komórkowa – jako system samoorganizujący – dążyła do unikania stanów grożących jej nieprzewidywalną stymulacją. Odbijanie piłeczki w Pongu, przynajmniej na minimalnym poziomie, redukowało informacyjne zaskoczenie. Kultury zaczęły poprawiać swoje wyniki w ciągu pięciu minut od rozpoczęcia gry. Nie osiągnęły może mistrzostwa, ale progres względem rezultatów kontrolnych był wyraźny i powtarzalny.

Wyniki kontrolne są w takich doświadczeniach istotne, ponieważ pozwalają odróżnić twarde dane od losowości. Z tego powodu badacze z Cortical Labs testowali również warianty, w których pudłowanie nie skutkowało salwą szumu, tylko chwilową ciszą (taka “cicha kara”); a także wariant bez jakiejkolwiek stymulacji. We wszystkich tych scenariuszach komórki radziły sobie wyraźnie gorzej niż te “karane” kakofonią częstotliwości.
Ciągle o Pongu. A co z tym Doomem?
Zasadnicza różnica wobec Ponga polega na tym, że rozgrywka w Doomie toczy się w 3D (no, może 2,5D, ponieważ w strzelankach tamtej generacji nie dało się jeszcze poruszać głową w górę i dół). Gracz widzi świat z perspektywy pierwszej osoby, a informacja wizualna jest nieporównanie bogatsza niż pozycja piłki na dwuwymiarowej planszy. To naprawdę kłopotliwe, kiedy sobie uświadomisz, że przecież neurony nie mają oczu. Trzeba więc znaleźć sposób na “tłumaczenie” obrazu z gry na wzorce stymulacji elektrycznej, które komórki będą w stanie rozróżnić.

Wyzwania podjął się Sean Cole – “zwykły” programista, który wcześniej nie miał styczności z biokomputerami. Wykorzystał możliwości, jakie dawał pythonowy interfejs CL1, od początku zaprojektowany tak, aby każdy koder mógł swobodnie eksperymentować. Cortical Labs zależało na tym, aby ich wynalazek stał się jak najszybciej dostępny dla osób spoza wąskiego grona specjalistów od biologii komórkowej czy elektrofizjologii. Jak twierdzą, żeby stymulować neurony impulsami lub stworzyć pętlę reagującą na spike’i wystarczy kilkanaście linijek kodu.
I jak? Biokomputer faktycznie radzi sobie w strzelance?
Odpowiedź może być odrobinę rozczarowująca. Tak zaprogramowany układ strzela lepiej niż losowy generator decyzji, ale znacznie słabiej od ludzkiego gracza. W każdym razie, na poziomie koszmar daleko nie zajdzie. Zachowajmy jednak wyrozumiałość: rozmawiamy o zlepku 200 tys. komórek nerwowych, podczas gdy sam nosisz ich między uszami z 90 miliardów. Australijska firma chwali się przy tym, że ich system trenował przez niecały tydzień, co wydaje się niezłym wynikiem na tym etapie rozwoju.

Należy też pamiętać, że nikt poważny nie projektuje biokomputerów po to, żeby grały w FPS‑y i w przyszłości spuszczały nam łomot w Counter-Strike’u. Gry służą wyłącznie do demonstracji. Udowadniają, że odpowiednio poskromione neurony potrafią pracować z danymi w sposób, który kiedyś będzie dało się wykorzystać w praktyce.
Szara galareta w naszej czaszce, nawet jeżeli czasem na nią narzekamy, pozostaje najbardziej energooszczędnym i efektywnym systemem przetwarzania informacji, jaki znamy. Pomyśl o tym, że mózg człowieka pozwala na stałe podtrzymywanie percepcji, logiczne rozumowanie, kontrolę całego ciała, zapisywanie wspomnień i setkę pomniejszych procesów. Oczywiście nie sposób porównać jego możliwości z krzemowym procesorem 1:1, ale fakt, że mózg ogarnia wszystkie te procesy wykorzystując ledwie ~20 W mocy (przynajmniej pięciokrotnie mniej od współczesnych procesorów, nie licząc pamięci), daje jako takie pojęcie, z jakim potencjałem mamy do czynienia.
Chodzi o oszczędzanie na rachunkach za prąd?
Jest coś ważniejszego. Tranzystory, na bazie których funkcjonuje elektronika, są w zasadzie binarnymi przełącznikami, skaczącymi między 0 i 1. To rozwiązanie proste i na ogół skuteczne, ale komórki nerwowe mogą zaoferować coś bardziej wyrafinowanego.

Dendryty (te rozgałęzione wypustki wyrastające z neuronu) potrafią przetwarzać sygnały w sposób stopniowalny i częściowo równoległy. Nie mają taktowania, określającego ile operacji mogą wykonać w danym odcinku czasu. Reagują zdarzeniowo: coś się dzieje, pojawia się impuls i układ odpowiada. Nie muszą też bez przerwy odwoływać się do osobnej pamięci, co kosztuje czas i energię.
Na dodatek, w odróżnieniu od kawałka krzemu, sieć komórek jest plastyczna. W odpowiedzi na docierające bodźce, połączenia między neuronami ulegają odpowiednio wzmacnianiu lub osłabianiu, dynamicznie przebudowując cały układ.
Tak? A odpali na tym GTA 6?
Zdecydowanie nie. Przyszłością biokomputerów nie jest konkurowanie z konwencjonalnymi maszynami. Nikt nie zakłada, że neuronowy układ zastąpi GPU w renderowaniu grafiki albo wyliczy rekordowe rozwinięcie liczby Pi. Krzem jest w tych sferach skuteczny właśnie dlatego, że dobrze nadaje się do wykonywania przewidywalnych, powtarzalnych i jasno zdefiniowanych operacji.
Układ biologiczny ma stanowić uzupełnienie, a nie alternatywę. Może pomóc tam, gdzie problem jest zmienny w czasie i wymaga szybkiej adaptacji do stale ewoluujących warunków – na co armia tranzystorów potrzebowałaby mnóstwa czasu i energii.
Dobrym przykładem operacji, z którymi komórki nerwowe na pewno poradzą sobie lepiej niż krzem są… no cóż, symulacje dotyczące działania układu nerwowego i mózgu. Cortical Labs wspomina o rozwijaniu teorii neurokomputacyjnych, modelowaniu chorób neurologicznych i neurodegeneracyjnych oraz testowaniu leków. Korzyści są dość oczywiste. Badając daną substancję na sieci neuronów wyhodowanych na chipie, sprawdzimy nie tylko jej wpływ na fizjologię i przeżywalność komórek, ale również na ich zdolność przetwarzania informacji.
Potem przyjdzie czas na szukanie zastosowania poza neuronauką. Z uwagi na swoje właściwości biokomputery mogą okazać się kamieniem milowym chociażby w rozwoju robotyki (sterując ruchem maszyny) czy sztucznej inteligencji – ponieważ komórki uczą się w sposób, którego krzem samodzielnie nie jest w stanie odtworzyć. Do tego oczywiście jeszcze daleka droga, ale pierwsza żarówka też nie świeciła jak reflektor.
Zawsze coś. Tylko dlaczego prace nie posuwają się szybciej?
Obecne prototypy mają ograniczone możliwości przede wszystkim dlatego, że komórki na chipie są rozłożone jak arkusz papieru, podczas gdy struktura prawdziwego mózgu przypomina bardziej trójwymiarowe origami. Geometria ma w tym przypadku kapitalne znaczenie, ponieważ w dwóch wymiarach radykalnie zmniejsza się liczba możliwych połączeń między neuronami; a tym samym przepustowość i pojemność informacyjna.

Badacze prowadzą już doświadczenia nad przestrzennymi układami – czymś w rodzaju neuronalnych “klulek” – które ciut lepiej oddają organizację prawdziwego mózgu. Napotkali jednak poważne przeszkody techniczne.
Po pierwsze, zaopatrzenie w tlen i pożywienie. Taki organoid, co by nie było, pozostaje żywym obiektem i ma swoje potrzeby. W odróżnieniu od prawdziwego organu, nie posiada natomiast naturalnej instalacji zasilającej, w postaci naczyń krwionośnych. Skutek jest taki, że im większa bryła, tym gorzej zaopatrzone wnętrze i tym większa szansa na obumarcie tkanki. To trochę jak z pieczeniem ciasta, które na zewnątrz wygląda na gotowe, a w środku okazuje się surowe.
Po drugie, interfejs. Kiedy sieć jest rozsmarowana na płaszczyźnie, elektrody mają łatwy dostęp do każdej komórki. Można więc precyzyjnie stymulować wybrany obszar i odbierać wszystkie sygnały. Przy trójwymiarowych organoidach trzeba korzystać z elektrod penetrujących. To jednak jest karkołomne, bo pieszcząc jeden neuron łatwo możemy zahaczyć o inne albo po prostu coś uszkodzić.
Jest jeszcze jedna prozaiczna kwestia: komórki nie żyją wiecznie. Kultury pierwotne pobierane z mysich embrionów wytrzymywały zwykle parę tygodni. Ludzkie komórki iPSC są trwalsze – środowisko stworzone przez Cortical Labs utrzymuje je przez trzy do sześciu miesięcy. Jednak w żadnym przypadku taki biokomputer nie będzie urządzeniem tak trwałym, jak jego krzemowy odpowiednik. Układ wymaga ciągłego karmienia, ściśle kontrolowanej temperatury, wilgotności, odpowiedniego składu gazów, a każda kontaminacja (czyt. zapaskudzenie bakteriami), kończy zabawę.

W tym kontekście aż chce się zadać pytanie, czym właściwie biokomputer jest. Urządzeniem elektronicznym z biologicznym komponentem; czy bardziej żywym organizmem z elektronicznym interfejsem? W ogóle biologiczny chip ulega awarii czy może… obumiera?
Na razie to tylko luźne blogowe rozmyślania. Jednak z czasem hodowle neuronalne będą stawały się coraz bardziej złożone, a organoidy zaczną wiernie imitować strukturę mózgu. Wtedy podobne dylematy szybko przybiorą na wadze.
A TAK W OGÓLE TO… W 2022 roku Brett Kagan wraz z kolegami z Cortical Lab wzbudzili kontrowersję, używając w kontekście hodowli neuronów słowa “sentience”. Rzecz w tym, że wyraz ten może oznaczać zdolność reagowania na bodźce sensoryczne, ale też subiektywne odczuwanie, czy po prostu świadomość. Nic dziwnego, że koledzy po fachu nie zostawili na autorach suchej nitki, zarzucając im niefrasobliwe używanie terminów o poważnym ciężarze filozoficznym i nieadekwatnych do otrzymanych wyników. A to dopiero początek…

Niesamowite! Nie miałem pojęcia, że już trwają pilotażowe prace nad cyborgami 😉 Ale w XXI w. postęp tak przyspieszył, że co chwila napotykam w realu na rzeczy, o których mogłem tylko czytać w XX w. w książkach SF. Tylko patrzeć jak jakiś RoboCop wejdzie do służby czynnej w Policji. Strach się bać… bo nauka od zawsze dokonuje cudów i realizuje w praktyce niedawne marzenia ludzi, a władcy i politycy od zawsze robią z nich fatalny użytek.
Jeżeli tym czytającym instrukcję pingwinem siedzącym w kuchni byłby Kowalski z Pingwinów z Madagaskaru, to prawdopodobnie nie byłoby tutaj aż tak dużo zaskoczenia do zredukowania.
bardzo rzetelny i wyważony artykuł. Dobrze przedstawiłeś zarówno potencjał — jak i przeszkody stojące na drodze rozwoju biokomputerów.
Co jakiś czas ludzie zaskakują mnie, przesuwając coraz bardziej granice poznania oraz “niemożliwego”. Ciekawe jak dużo wspólnych technologii ma ten biokomputer oraz chip opracowany przez Neuralink?
Artykuł jak zwykle na najwyższym poziomie, takich rzeczy nie przeczytasz w portalach informacyjnych i nie usłyszysz w wiadomościach…
Dzięki za artykuł 🙂
Może i ten komputer z 200 tys neuronów nie zajdzie daleko w Doomie na poziomie koszmar, ale ja ze swoimi 90 miliardami także xD
Świetny artykuł. Po jego lekturze, zadałem sobie pytanie, czy cos podobnego może działać też w drugą stronę? Opisujesz komórki z elektronicznym interfejsem, ciekawe jak wygląda możliwość elektronicznego układu, wspomagającego nasz mózg? W dużym uproszczeniu, coś jak w Matrix (jeden klik i znam kung fu!).
Z drugiej strony, na pewno jest to też mokry sen Muska czy Bezosa, wszczepić ludziom chipy i co miesiąc kasować subskrypcje…
Świetnie i prosto wytłumaczona teoria aktywnej inferencji oraz zasada wolnej energii Karla Fristona! Super, że na blogu można znaleźć wpisy z tak wielu dziedzin szeroko rozumianej nauki (z linkami do źródeł), co na pewno wymaga ogromu pracy, żeby wciąż zachowywać tak wysoki poziom merytoryczny — tym bardziej doceniam że takie miejsce w internecie istnieje.