Orga­nizm, który zetknie się z pato­ge­nem, często wyrabia sobie na niego odpor­ność. Układ immu­no­lo­gicz­ny uczy się roz­po­zna­wać intruza, po to, aby kolej­nym razem spraw­niej powstrzy­mać chorobę. Nie­ste­ty w przy­pad­ku spo­łe­czeń­stwa i dez­in­for­ma­cji, sprawy mają się zgoła odwrot­nie. Pseu­do­nau­ki w inter­ne­cie z każdym mie­sią­cem przy­by­wa, a ludzie zamiast nabywać scep­ty­cy­zmu, stają się podatni na coraz jaskraw­sze bzdury.

Roz­wa­ży­my to na kon­kret­nym i świeżym przy­kła­dzie. Od kilku tygodni po polskim Face­bo­oku krąży post gło­szą­cy, jakoby naukow­cy udo­wod­ni­li, że słowa są zdolne ożywiać martwe komórki. Histo­ryj­ka została prze­kle­jo­na przez dzie­siąt­ki profili z bańki coachin­go­to­wo-ezo­te­rycz­nej, zdo­by­wa­jąc łącznie wiele tysięcy reakcji i komentarzy.

Z panią Wandą bardzo się “lubimy”. Rok temu miałem okazję komen­to­wać inny powie­lo­ny przez nią fejk, zawie­ra­ją­cy frag­men­ty zmy­ślo­ne­go wywiadu z Teslą.

Możesz powie­dzieć, że to jakiś bełkot (i będziesz miał rację) — ale można w nim zoba­czyć coś więcej. W pewnym sensie jest to wzorzec z Sèvres pseu­do­nau­ko­wej nar­ra­cji. Dosko­na­ły koktajl misty­cy­zmu, quasi-nauko­we­go żargonu i błędów poznaw­czych. Wyko­rzy­sta­no w nim niemal wszyst­kie sztucz­ki z kla­sycz­ne­go arse­na­łu dez­in­for­ma­cji, a jed­no­cze­śnie całość opa­ko­wa­no tak, żeby żadna z ser­wo­wa­nych bzdur nie odpa­li­ła w umy­słach odbior­ców czer­wo­nej lampki ostrzegawczej.

Taka praca nie powinna pójść na zmar­no­wa­nie. Dlatego posta­no­wi­łem rozbić ją na czyn­ni­ki pierw­sze i wyko­rzy­stać w cha­rak­te­rze mate­ria­łu szko­le­nio­we­go. Niniej­szym przedstawiam:


Jak stworzyć pseudonaukowy viral?

Porad­nik w siedmiu krokach

1. Powołaj się na potężne nazwiska

Cofając się do 1949 roku, naukow­cy Enrico Fermi, Ulam i Pasta badali systemy nie­li­nio­we – systemy oscy­lu­ją­ce, wła­ści­wo­ści których zależą od zacho­dzą­cych w nich procesów.

Jeśli chcesz, żeby twój tekst już od frontu zrobił wra­że­nie wia­ry­god­ne­go, zacznij od rzu­ce­nia znanym nazwi­skiem. Ein­ste­in nigdy nie wycho­dzi z mody, ale żeby się wyróż­nić, warto sięgnąć nieco głębiej. Posta­wie­nie na Enrico Fer­mie­go to świetny wybór. Ojciec chrzest­ny fizyki jądro­wej, nobli­sta, a na dodatek mignął w Oppen­he­ime­rze Nolana. Sta­ni­sław Ulam? Nie dość, że współ­twór­ca broni ter­mo­ją­dro­wej, to jeszcze Polak-rodak i przed­sta­wi­ciel mate­ma­tycz­nej szkoły lwow­skiej. John Pasta? Okej, może mniej znany, ale również pro­fe­sor i ceniony teoretyk.

Teraz uwaga: trzej wymie­nie­ni uczeni (wraz z pomi­nię­tą z jakie­goś powodu mate­ma­tycz­ką Mary Tsingou) napraw­dę badali układy nie­li­nio­we, zasta­na­wia­jąc się nad roz­kła­dem energii w sys­te­mie przy­po­mi­na­ją­cym łańcuch kulek połą­czo­nych sprę­ży­na­mi. Ich pio­nier­ski eks­pe­ry­ment FPUT (od nazwisk) wykazał, że układy tego rodzaju cechuje sza­le­nie złożona i nie­in­tu­icyj­na dyna­mi­ka — co później miało wpływ na rozwój teorii chaosu czy solitonów. 

Tyle tylko, że to wszyst­ko jest nie­istot­ne. Trik polega na tym, że problem FPUT w istocie nie ma za wiele wspól­ne­go z całą resztą przy­to­czo­nej histo­rii. Fermi z kole­ga­mi nie badali pamięci czą­ste­czek, nie oży­wia­li fal, ani nie testo­wa­li wpływu słów na DNA. Oczy­wi­ście mógłbyś teraz zarzu­cić mi cze­pial­stwo, bo to tylko punkt wyjścia do dal­szych badań, które pro­wa­dzi­li już inni.

Jeśli tak pomy­śla­łeś, to zadaj sobie pytanie: dla­cze­go w całym tekście autor przy­to­czył tylko te trzy nazwi­ska? Prze­cież głównym tematem nie są układy nie­li­nio­we, lecz prze­no­szą­ce życio­daj­ną siłę soli­to­ny. Dla­cze­go więc wymie­nio­no Fer­mie­go, Ulama i Pastę, ale już nie wska­za­no palcem geniu­sza, który udo­wod­nił jak wskrze­szać i uzdra­wiać orga­ni­zmy za pomocą słów?

Chodzi o uwia­ry­god­nie­nie. Zaczy­na­my snuć opo­wieść od czegoś, czego nie da się pod­wa­żyć, żeby już na starcie zdobyć zaufa­nie odbior­cy. Wyko­rzy­stu­je­my stare dobre argu­men­tum ad vere­cun­diam, czyli odwo­ła­nie do auto­ry­te­tu. To jak pod­bi­cie pie­cząt­ki: Zatwier­dzo­ne przez Nauki Ścisłe™, więc nie pytaj, tylko zaak­cep­tuj.

2. Żongluj naukowo brzmiącą terminologią

W tamtych czasach naukow­cy jeszcze zada­wa­li sobie pytanie, jak to jest możliwe, żeby nie­ro­zum­na czą­stecz­ka, nie posia­da­ją­ca ani struk­tur mózgo­wych, ani układu ner­wo­we­go, mogła mieć pamięć, dokład­no­ścią prze­wyż­sza­ją­cą każdy współ­cze­sny kom­pu­ter. Później naukow­cy odkryli zagad­ko­we soli­to­ny. Soliton – to sta­bil­na struk­tu­ral­na fala, znaj­du­ją­ca się w ukła­dach nieliniowych.

Jeśli znane nazwi­ska są maseł­kiem w naszej pseu­do­nau­ko­wej kanapce, to trudne pojęcia będą doj­rza­łą wędliną. Żeby post wyglą­dał na auten­tycz­ny, musisz jak z rękawa sypać poję­cia­mi, które brzmią jakbyś właśnie wrócił z wykładu na MIT. Zasada jest prosta: jeżeli dane słowo wygląda, jakby zostało wycią­gnię­te z pracy dok­tor­skiej, nikt (na pewno nie z naszej grupy doce­lo­wej) nie będzie się zasta­na­wiał, co ono wła­ści­wie znaczy. W naj­gor­szym razie spró­bu­je je wygo­oglo­wać, żeby spraw­dzić czy dane pojęcie w ogóle ist­nie­je, ale wymięk­nie po pierw­szym zdaniu definicji.

Ty też nie musisz wnikać w szcze­gó­ły, ponie­waż osta­tecz­nie nadasz zasły­sza­nym ter­mi­nom nowe zna­cze­nie, pasu­ją­ce do two­rzo­nej nar­ra­cji. W ana­li­zo­wa­nym poście prze­bie­ga­ło to następująco:

  • Nie­li­nio­wy układ. To taki układ fizycz­ny, w którym zmiany wydają się nie­pro­por­cjo­nal­ne do przy­czyn. Innymi słowy, mnożysz razy dwa na wejściu, ale nie­ko­niecz­nie otrzy­mu­jesz podwo­je­nia na wyjściu. Takie systemy potra­fią być nie­sta­bil­ne, cha­otycz­ne i bardzo czułe na warunki począt­ko­we. Brzmi poważ­nie, ponie­waż to jest poważny temat zain­te­re­so­wań mate­ma­ty­ków i fizyków. Problem w tym, że w oma­wia­nym tekście termin ten pojawia się jako furtka do “zapa­mię­ty­wa­nia infor­ma­cji” albo “odbie­ra­nia ludz­kich emocji”.
  • Soliton. To z kolei rodzaj sta­bil­nej, samo­pod­trzy­mu­ją­cej się fali, która nie roz­pra­sza się ani nie zmienia kształ­tu podczas pro­pa­ga­cji. Wbrew oma­wia­nej treści, soli­to­ny odkryto już dawno, bo w 1834, kiedy John Scott Russell zauwa­żył taką nie­ty­po­wą falę prze­mie­rza­ją­cą kanał wodny w Edyn­bur­gu. Od tamtej pory soli­to­ny zado­mo­wi­ły się na dobre w oce­ano­gra­fii, świa­tło­wo­dach, fizyce plazmy i mate­ma­ty­ce. A czy radzą sobie z reago­wa­niem na słowa i napra­wia­niem DNA? Cóż, praw­do­po­dob­nie nie lepiej, niż laser skanera w Bie­dron­ce radzi sobie z inter­pre­ta­cją poezji Szymborskiej.

Naszym celem jest olśnie­nie odbior­ców aurą tech­no­nau­ko­we­go bełkotu i raz jeszcze – uwia­ry­god­nie­nie nar­ra­cji. Terminy są praw­dzi­we i realnie funk­cjo­nu­ją w lite­ra­tu­rze, ale zostają wple­cio­ne w histo­ryj­kę, która z nauką nie ma nic wspól­ne­go. To jakbyś sfor­mu­ło­wał zdanie: “Nasze DNA wibruje zgodnie z rytmem Mer­ku­re­go w retro­gra­da­cji”. Brzmi naukowo? Bardzo. Ma sens? W ogóle.

3. Balansuj na granicy magii i ezoteryki

To, co zoba­czy­li naukow­cy, prze­kro­czy­ło wszel­kie ocze­ki­wa­nia – pod wpływem słów soli­to­ny ożywały. (…) Okazuje się, że ludzkie słowa potra­fi­ły ożywić martwą komórkę, to znaczy, pod wpływem słów soli­to­ny otrzy­my­wa­ły życio­daj­ną siłę.

W pewnych kręgach do pod­bi­cia serc odbior­ców, nie wystar­czy samo rzu­ca­nie trud­ny­mi słowami. Musisz nadać fizycz­nym zja­wi­skom głębi. Nad­na­tu­ral­ne­go zna­cze­nia. Fala nie może być tylko falą. Ona musi myśleć, reago­wać, czytać DNA, otrzy­my­wać rozkazy i — oczy­wi­ście — ożywać, naj­le­piej pod wpływem ludz­kie­go słowa lub myśli.

Pomyśl o tym tak: żaden roz­sąd­ny, dorosły czło­wiek nie uwierzy, że wypo­wie­dze­nie zaklę­cia abra­ka­da­bra, sim­sa­la­bim, czy innego alo­ho­mo­ra, wywoła jakiś nama­cal­ny skutek. Ale kiedy napi­szesz, że pod wpływem słów soli­to­ny oży­wia­ją martwą komórkę — to już co innego. Nie czary, tylko rezo­nans soli­to­no­wy. Nie uzdra­wia­nie, tylko mecha­nizm bio­wi­bra­cyj­ny. Nie medy­ta­cja trans­cen­den­tal­na, tylko grupowy proces oddzia­ły­wa­nia myślą. Nie modli­twa, tylko men­tal­na pro­jek­cja energii kine­tycz­nej. Chociaż w prak­ty­ce mówimy o tym samym, nagle czary stają się nauką.

Oczy­wi­ście to tylko kolejna warstwa iluzji. Jeśli ją zdej­mie­my, szybko okaże się, że w poście nie opisano żadnego nauko­we­go mecha­ni­zmu, mają­ce­go spra­wiać, że wypo­wia­da­ne słowa napra­wia­ją wią­za­nia w uszko­dzo­nym DNA. Zamiast tego, w dalszej części tekstu czytamy o “pozy­tyw­nych myślach”, “życio­daj­nej mocy słów” i “potęż­nym prze­pły­wie energii emocjonalnej”.

To zaska­ku­ją­ce, jak wielu ludzi chce uważać się za istoty racjo­nal­ne, jed­no­cze­śnie wierząc w rzeczy z gruntu irra­cjo­nal­ne. Zwykle są to osoby, które inte­re­su­je medy­cy­na alter­na­tyw­na, nume­ro­lo­gia, energia wszech­świa­ta i reszta misty­cy­zmu, ale pod­skór­nie czują, że nie wypada im przy­zna­wać wprost: “wierzę w cuda i czary”. Odpo­wia­da­my na tę skrytą potrze­bę, dając im twarde alibi dla myśle­nia magicznego.

4. Połącz ze sobą rzeczy, które nie mają ze sobą nic wspólnego

Naukow­cy w 1949 roku badali systemy nie­li­nio­we → soli­to­ny ożyły → DNA się napra­wi­ło → psze­ni­ca zakieł­ko­wa­ła → myśl jest mate­rial­na → życie ludzkie jest nie­ustan­nym wyborem.

W pseu­do­nau­ce wszyst­ko jest połą­czo­ne ze wszyst­kim. A im bar­dziej odległe są od siebie poszcze­gól­ne wątki, tym lepiej. Nie dlatego, że jeste­śmy inter­dy­scy­pli­nar­ni, ale holi­stycz­ni.

I tak właśnie dosta­je­my tekst, który wygląda jak miks Wiki­pe­dii, horo­sko­pu, wykładu Zięby i Matrixa. Mamy fizykę teo­re­tycz­ną, mate­ma­ty­kę układów nie­li­nio­wych, bio­lo­gię mole­ku­lar­ną, meta­fo­ry ener­ge­tycz­ne, duchowe unie­sie­nia i medy­ta­cję zbio­ro­wą. Połą­czo­no ele­men­ty, które z osobna mogą być sen­sow­ne i bardzo inte­re­su­ją­ce (przy­naj­mniej nie­któ­re), ale razem tworzą mizerię absurdu.

Żaden z przy­to­czo­nych wątków nie wynika logicz­nie z poprzed­nie­go, ale ukła­da­ją się w coś, co z wierz­chu imituje łańcuch przy­czy­no­wo-skut­ko­wy. To zresztą rzecz cha­rak­te­ry­stycz­na również dla teorii spi­sko­wych. Im więcej osob­nych tematów zmie­szasz, tym bar­dziej brzmisz jak ktoś, kto połą­czył kropki. A prze­cież łącze­nie kropek to ulu­bio­ne zajęcie wszyst­kich, którzy czują się pre­dy­sty­no­wa­ni od odsło­nię­cia ukrytej prawdy (i Włodka Markowicza).

To, co napraw­dę się tu liczy, to nie spój­ność mery­to­rycz­na, tylko płyn­ność nar­ra­cyj­na. Zgrabne przej­ście od jednego tematu do dru­gie­go (zwykle od nauko­we­go do ducho­we­go), które daje złu­dze­nie sensu i wzbudza emocje. To jak w kiep­skim filmie akcji: poszcze­gól­ne sceny są bez­sen­sow­ne, ale montaż i muzyka robią swoje, więc czło­wiek nawet nie zauważa, kiedy minęły dwie godziny seansu.

5. Powołaj się na spektakularny, ale anonimowy eksperyment

Istota tego eks­pe­ry­men­tu była nastę­pu­ją­ca – za pomocą spe­cjal­nych przy­rzą­dów naukow­com udało się prze­śle­dzić drogę podą­ża­nia tych fal w łań­cu­chu DNA. Prze­cho­dząc przez łańcuch, fala cał­ko­wi­cie odczy­ty­wa­ła informację.

W pseu­do­nau­ko­wej histo­rii nie może zabrak­nąć eks­pe­ry­men­tu. Ale nie po to, żeby napraw­dę coś wykazać lub udo­ku­men­to­wać. Chodzi o to, żeby opo­wie­dzieć o cudow­nych rezul­ta­tach, które dopro­wa­dzi­ły do mitycz­ne­go prze­ło­mu. Celem nie jest rze­tel­na wiedza, tylko wywo­ła­nie efektu wow.

Zgodnie z powyż­szym, skup się na opisie osta­tecz­nych wyników (psze­ni­ca zakieł­ko­wa­ła, DNA uległo napra­wie, puls się wyrów­nał…), ale nigdy nie podawaj szcze­gó­łów doty­czą­cych tego, jak rzekomo to wszyst­ko osią­gnię­to. Nie pisz: “Zespół prof. Janusza Kwan­tin­ge­ra wyko­rzy­stał spek­tro­metr XZ-2000 z roz­dziel­czo­ścią 0,1 nm, badanie prze­pro­wa­dzo­no w warun­kach kon­tro­lo­wa­nych i ciśnie­niu atmos­fe­rycz­nym”, tylko: “Za pomocą spe­cjal­nych przy­rzą­dów ame­ry­kań­scy naukow­cy zare­je­stro­wa­li, jak fala odczy­ta­ła informację”. 

Nie podasz kon­kre­tów, więc nie będzie się do czego przy­cze­pić. Potem, nie dając czy­tel­ni­ko­wi czasu na prze­tra­wie­nie tego wszyst­kie­go, od razu doda­je­my zdanie pod­bi­ja­ją­ce emocje:

  • To, co zoba­czy­li, prze­kro­czy­ło wszel­kie oczekiwania.
  • Zasko­cze­niu uczo­nych nie było końca.
  • Naukow­cy siedli z wra­że­nia, kiedy zoba­czy­li ten efekt.
  • To odkry­cie zmie­ni­ło wszyst­ko, co dotąd wie­dzie­li­śmy o naturze rzeczywistości.

To język godny tele­wi­zyj­nej reklamy garnków, ale działa. Im więcej emfazy, tym mniej wątpliwości. 

Inna rada? Unikaj jak ognia tech­ni­ka­liów i meto­do­lo­gii, ale rzuć jakimś pozor­nym szcze­gó­łem, który na każdym zrobi wrażenie.

Eks­pe­ry­men­ty prze­pro­wa­dza­no więcej niż jeden raz, w ostat­nich bada­niach wzięło udział 60 i 100 tysięcy osób. (…) Ludzie z własnej woli zbie­ra­li się grupami i kie­ro­wa­li swoje pozy­tyw­ne myśli w okre­ślo­ny punkt na naszej pla­ne­cie. Podczas eks­pe­ry­men­tu i przez kilka następ­nych dni gwał­tow­nie spadły wskaź­ni­ki prze­stęp­czo­ści w mieście!

W jaki sposób udało się zgro­ma­dzić 100 tys. osób i jak je wyse­lek­cjo­no­wa­no? Jak zde­fi­nio­wa­no “pozy­tyw­ną myśl” i upew­nio­no się, że grupa wiel­ko­ści popu­la­cji Cho­rzo­wa fak­tycz­nie skupia swoją uwagę na kon­kret­nym celu? W jakim mieście rzekomo spadły wskaź­ni­ki przestępczości? 

A czy to ważne? Prze­cież doświad­cze­nie prze­pro­wa­dzi­ły insty­tu­ty badaw­cze z USA i Indii (nie pytaj które) – więc chyba nie mogło ono zostać nad­in­ter­pre­to­wa­ne, schrza­nio­ne albo… zmy­ślo­ne. Prawda?

6. Podaj „źródła”

Źródło:
http://news.orenu.co.il/archives/17210
http://newrezume.org/news/2016–04-07–13901

Jeśli zapy­tasz loso­we­go inter­nau­tę o to, na co należy zwrócić uwagę przy ocenie wia­ry­god­no­ści mate­ria­łu – naj­pew­niej odpowie, że na źródła. Słusz­nie. Jednak na szczę­ście dla nas, zwykle ten sam inter­nau­ta nie­ko­niecz­nie rozumie, co jest rze­czy­wi­stym źródłem i nie stosuje żadnej gra­da­cji. W sieci artykuł naukowy w bran­żo­wym cza­so­pi­śmie, pre­print cze­ka­ją­cy na recen­zję, książka napi­sa­na przez spe­cja­li­stę w danej dzie­dzi­nie, news z click­ba­ito­we­go portalu, rolka z Insta­gra­ma, screen z Chata GPT, dys­ku­sja na Wykopie i post z forum ufo­lo­gów – mają zbli­żo­ną wartość.

Liczy się link. Osta­tecz­nie może nawet nie działać albo pro­wa­dzić do losowej strony, ponie­waż jakieś 90% odbior­ców i tak nie poświę­ci nawet minuty na wery­fi­ka­cję. Nie przesadzam.

Wróćmy do tekstu o soli­to­nach, który opa­trzo­no dwoma “źró­dła­mi”. Pierw­sze to jakaś izra­el­ska stronka, gdzie przy próbie wejścia wita mnie ostrze­że­nie o moż­li­wo­ści wykra­dze­nia danych oso­bo­wych (nie radzę klikać). Drugie nato­miast, to mały por­ta­lik pisany cyry­li­cą, gdzie można znaleźć m.in. alt­me­do­wy porad­nik “jak przebić naczy­nia krwio­no­śne i otwie­rać żyły w zale­d­wie trzy minuty”. Ach i w menu głównym wid­nie­je odno­śnik do jakie­goś rosyj­skie­go odpo­wied­ni­ka Tindera.

Efekt potwier­dze­nia uderzył z mocą głowicy termonuklearnej.

Mówimy zatem o wielkim mię­dzy­na­ro­do­wym badaniu i rewo­lu­cyj­nych wyni­kach, które nie zostały opisane ani w Nature, ani The Lancet, ani Science. Czy to podej­rza­ne? Naj­wy­raź­niej nie, skoro setki ludzi bez zaże­no­wa­nia prze­kle­iło zmy­ślo­ną histo­ryj­kę w całości, wraz z dwoma szem­ra­ny­mi linkami. Podej­rze­wam, że gdyby pro­wa­dzi­ły one do stron pro­pa­gu­ją­cych handel ludźmi, hazard albo z filmy przy­rod­ni­cze dla doro­słych – również nie byłoby problemu.

Dlatego nie wahaj się zamie­ścić dwa-trzy odno­śni­ki – naj­le­piej do egzo­tycz­nych, nie­czy­tel­nych, pozor­nie poważ­nych portali. Jak dobrze to roze­grasz, to jeszcze możesz zarobić, wsta­wia­jąc reflin­ki wzięte z jakie­goś pro­gra­mu partnerskiego.

7. Zakończ uniwersalną, życiową mądrością

Wybór zależy od czło­wie­ka, prze­cież właśnie od kie­run­ku jego uwagi zależy, czy będzie czło­wiek tworzył czy też nega­tyw­nie wpływał na oto­cze­nie i na siebie. Życie ludzkie – jest nie­ustan­nym wyborem i można nauczyć się robić go pra­wi­dło­wo i świadomie.

Po całej pseu­do­nau­ko­wej jeździe bez trzy­man­ki – oży­wio­nych soli­to­nach, falach czy­ta­ją­cych DNA i eks­pe­ry­men­tach na stu tysią­cach nie­zna­nych ludzi – pora na wyci­sze­nie. Ide­al­nym zwień­cze­niem takiej opo­wie­ści powinna być ogólna, nie­pod­wa­żal­na, filo­zo­ficz­na sen­ten­cja. Zdanie w rodzaju “Życie ludzkie jest nie­ustan­nym wyborem” jest jak miękka koł­der­ka, którą możemy otulić umysł, zabez­pie­cza­jąc go przed chłod­ny­mi podmu­cha­mi logiki i racjonalizmu.

Końcowa myśl nie musi mieć za wiele sensu. Może być nawet koślawa języ­ko­wo. Należy jednak sfor­mu­ło­wać ją tak, aby każdy mógł się z nią zgodzić. “Wybór zależy od czło­wie­ka”, “Życie to nie­ustan­ny wybór”, “Nic nie może prze­cież wiecz­nie trwać”, “Wszyst­ko się może zdarzyć” – takie frazesy nigdy nie tracą na popu­lar­no­ści, ponie­waż są na tyle puste, że każdy zmieści w nich dokład­nie to, czego akurat w danej chwili potrzebuje.

Robimy to również dlatego, żeby ostat­nią myślą zasianą w głowie odbior­cy, nie były jakieś wąt­pli­wo­ści natury tech­nicz­nej, meto­do­lo­gicz­nej lub logicz­nej. Zde­cy­do­wa­nie lepiej, aby zakoń­czył lekturę głęboką reflek­sją nad istotą rze­czy­wi­sto­ści, źródłem czło­wie­czeń­stwa bądź sensem ist­nie­nia. Poczuje się mądrze, a i nie będzie zadawał nie­wy­god­nych pytań, co do niuansów.


Jeśli dotar­łeś do tego miejsca, to gra­tu­lu­ję: właśnie prze­sze­dłeś kurs kre­owa­nia pseu­do­nau­ko­we­go ścieku w social mediach dla śred­nio­za­awan­so­wa­nych. Wiesz już, jak rzucać nazwi­ska­mi bez kon­tek­stu, jak używać słów, których sam nie rozu­miesz, jak opo­wia­dać o eks­pe­ry­men­tach, których nikt nie prze­pro­wa­dził, i jak kończyć wszyst­ko mądro­ścią, która nie zawiera treści. Oczy­wi­ście, to co zrobisz ze spożytą wiedzą, to już twoja sprawa. W końcu, tylko od wyboru czło­wie­ka zależy, czy będzie tworzył, czy też nega­tyw­nie wpływał na oto­cze­nie i na siebie. Czy jakoś tak.

Naj­za­baw­niej­sze (i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce) jest chyba to, że powyż­szy porad­nik napraw­dę mógłby okazać się sku­tecz­ny i posłu­żyć do skon­stru­owa­nia fejka, który roz­niósł­by się po ezo-inter­ne­cie równie szybko, co ospa wietrz­na po przedszkolu.

TAK W OGÓLE TO… W świecie poważ­nej nauki rze­czy­wi­ście ist­nie­je coś, co nazy­wa­my modelem soli­to­no­wym. Hipo­te­za ta została zapro­po­no­wa­na przez Thomasa Heim­bur­ga i Andrew D. Jack­so­na z Insty­tu­tu Nielsa Bohra w Kopen­ha­dze w arty­ku­le z 2009 roku. Według niej, impulsy nerwowe mogą być prze­ka­zy­wa­ne jako mecha­nicz­ne fale ciśnie­nia (soli­to­ny) wzdłuż błony komór­ko­wej neuronu, zamiast – jak uczy tra­dy­cyj­ny model (Hodg­ki­na-Huxleya) – jako impulsy elek­trycz­ne gene­ro­wa­ne przez prze­pływ jonów. Hipo­te­za ma wielu kry­ty­ków, ale w odróż­nie­niu od pomy­słów z oży­wia­niem komórek za pomocą słów, jest w pełni naukowa.

Kategorie: