Organizm, który zetknie się z patogenem, często wyrabia sobie na niego odporność. Układ immunologiczny uczy się rozpoznawać intruza, po to, aby kolejnym razem sprawniej powstrzymać chorobę. Niestety w przypadku społeczeństwa i dezinformacji, sprawy mają się zgoła odwrotnie. Pseudonauki w internecie z każdym miesiącem przybywa, a ludzie zamiast nabywać sceptycyzmu, stają się podatni na coraz jaskrawsze bzdury.
Rozważymy to na konkretnym i świeżym przykładzie. Od kilku tygodni po polskim Facebooku krąży post głoszący, jakoby naukowcy udowodnili, że słowa są zdolne ożywiać martwe komórki. Historyjka została przeklejona przez dziesiątki profili z bańki coachingotowo-ezoterycznej, zdobywając łącznie wiele tysięcy reakcji i komentarzy.

Możesz powiedzieć, że to jakiś bełkot (i będziesz miał rację) — ale można w nim zobaczyć coś więcej. W pewnym sensie jest to wzorzec z Sèvres pseudonaukowej narracji. Doskonały koktajl mistycyzmu, quasi-naukowego żargonu i błędów poznawczych. Wykorzystano w nim niemal wszystkie sztuczki z klasycznego arsenału dezinformacji, a jednocześnie całość opakowano tak, żeby żadna z serwowanych bzdur nie odpaliła w umysłach odbiorców czerwonej lampki ostrzegawczej.
Taka praca nie powinna pójść na zmarnowanie. Dlatego postanowiłem rozbić ją na czynniki pierwsze i wykorzystać w charakterze materiału szkoleniowego. Niniejszym przedstawiam:
Jak stworzyć pseudonaukowy viral?
Poradnik w siedmiu krokach
1. Powołaj się na potężne nazwiska

Cofając się do 1949 roku, naukowcy Enrico Fermi, Ulam i Pasta badali systemy nieliniowe – systemy oscylujące, właściwości których zależą od zachodzących w nich procesów.
Jeśli chcesz, żeby twój tekst już od frontu zrobił wrażenie wiarygodnego, zacznij od rzucenia znanym nazwiskiem. Einstein nigdy nie wychodzi z mody, ale żeby się wyróżnić, warto sięgnąć nieco głębiej. Postawienie na Enrico Fermiego to świetny wybór. Ojciec chrzestny fizyki jądrowej, noblista, a na dodatek mignął w Oppenheimerze Nolana. Stanisław Ulam? Nie dość, że współtwórca broni termojądrowej, to jeszcze Polak-rodak i przedstawiciel matematycznej szkoły lwowskiej. John Pasta? Okej, może mniej znany, ale również profesor i ceniony teoretyk.
Teraz uwaga: trzej wymienieni uczeni (wraz z pominiętą z jakiegoś powodu matematyczką Mary Tsingou) naprawdę badali układy nieliniowe, zastanawiając się nad rozkładem energii w systemie przypominającym łańcuch kulek połączonych sprężynami. Ich pionierski eksperyment FPUT (od nazwisk) wykazał, że układy tego rodzaju cechuje szalenie złożona i nieintuicyjna dynamika — co później miało wpływ na rozwój teorii chaosu czy solitonów.
Tyle tylko, że to wszystko jest nieistotne. Trik polega na tym, że problem FPUT w istocie nie ma za wiele wspólnego z całą resztą przytoczonej historii. Fermi z kolegami nie badali pamięci cząsteczek, nie ożywiali fal, ani nie testowali wpływu słów na DNA. Oczywiście mógłbyś teraz zarzucić mi czepialstwo, bo to tylko punkt wyjścia do dalszych badań, które prowadzili już inni.
Jeśli tak pomyślałeś, to zadaj sobie pytanie: dlaczego w całym tekście autor przytoczył tylko te trzy nazwiska? Przecież głównym tematem nie są układy nieliniowe, lecz przenoszące życiodajną siłę solitony. Dlaczego więc wymieniono Fermiego, Ulama i Pastę, ale już nie wskazano palcem geniusza, który udowodnił jak wskrzeszać i uzdrawiać organizmy za pomocą słów?
Chodzi o uwiarygodnienie. Zaczynamy snuć opowieść od czegoś, czego nie da się podważyć, żeby już na starcie zdobyć zaufanie odbiorcy. Wykorzystujemy stare dobre argumentum ad verecundiam, czyli odwołanie do autorytetu. To jak podbicie pieczątki: Zatwierdzone przez Nauki Ścisłe™, więc nie pytaj, tylko zaakceptuj.
2. Żongluj naukowo brzmiącą terminologią

W tamtych czasach naukowcy jeszcze zadawali sobie pytanie, jak to jest możliwe, żeby nierozumna cząsteczka, nie posiadająca ani struktur mózgowych, ani układu nerwowego, mogła mieć pamięć, dokładnością przewyższającą każdy współczesny komputer. Później naukowcy odkryli zagadkowe solitony. Soliton – to stabilna strukturalna fala, znajdująca się w układach nieliniowych.
Jeśli znane nazwiska są masełkiem w naszej pseudonaukowej kanapce, to trudne pojęcia będą dojrzałą wędliną. Żeby post wyglądał na autentyczny, musisz jak z rękawa sypać pojęciami, które brzmią jakbyś właśnie wrócił z wykładu na MIT. Zasada jest prosta: jeżeli dane słowo wygląda, jakby zostało wyciągnięte z pracy doktorskiej, nikt (na pewno nie z naszej grupy docelowej) nie będzie się zastanawiał, co ono właściwie znaczy. W najgorszym razie spróbuje je wygooglować, żeby sprawdzić czy dane pojęcie w ogóle istnieje, ale wymięknie po pierwszym zdaniu definicji.
Ty też nie musisz wnikać w szczegóły, ponieważ ostatecznie nadasz zasłyszanym terminom nowe znaczenie, pasujące do tworzonej narracji. W analizowanym poście przebiegało to następująco:
- Nieliniowy układ. To taki układ fizyczny, w którym zmiany wydają się nieproporcjonalne do przyczyn. Innymi słowy, mnożysz razy dwa na wejściu, ale niekoniecznie otrzymujesz podwojenia na wyjściu. Takie systemy potrafią być niestabilne, chaotyczne i bardzo czułe na warunki początkowe. Brzmi poważnie, ponieważ to jest poważny temat zainteresowań matematyków i fizyków. Problem w tym, że w omawianym tekście termin ten pojawia się jako furtka do “zapamiętywania informacji” albo “odbierania ludzkich emocji”.
- Soliton. To z kolei rodzaj stabilnej, samopodtrzymującej się fali, która nie rozprasza się ani nie zmienia kształtu podczas propagacji. Wbrew omawianej treści, solitony odkryto już dawno, bo w 1834, kiedy John Scott Russell zauważył taką nietypową falę przemierzającą kanał wodny w Edynburgu. Od tamtej pory solitony zadomowiły się na dobre w oceanografii, światłowodach, fizyce plazmy i matematyce. A czy radzą sobie z reagowaniem na słowa i naprawianiem DNA? Cóż, prawdopodobnie nie lepiej, niż laser skanera w Biedronce radzi sobie z interpretacją poezji Szymborskiej.
Naszym celem jest olśnienie odbiorców aurą technonaukowego bełkotu i raz jeszcze – uwiarygodnienie narracji. Terminy są prawdziwe i realnie funkcjonują w literaturze, ale zostają wplecione w historyjkę, która z nauką nie ma nic wspólnego. To jakbyś sformułował zdanie: “Nasze DNA wibruje zgodnie z rytmem Merkurego w retrogradacji”. Brzmi naukowo? Bardzo. Ma sens? W ogóle.
3. Balansuj na granicy magii i ezoteryki

To, co zobaczyli naukowcy, przekroczyło wszelkie oczekiwania – pod wpływem słów solitony ożywały. (…) Okazuje się, że ludzkie słowa potrafiły ożywić martwą komórkę, to znaczy, pod wpływem słów solitony otrzymywały życiodajną siłę.
W pewnych kręgach do podbicia serc odbiorców, nie wystarczy samo rzucanie trudnymi słowami. Musisz nadać fizycznym zjawiskom głębi. Nadnaturalnego znaczenia. Fala nie może być tylko falą. Ona musi myśleć, reagować, czytać DNA, otrzymywać rozkazy i — oczywiście — ożywać, najlepiej pod wpływem ludzkiego słowa lub myśli.
Pomyśl o tym tak: żaden rozsądny, dorosły człowiek nie uwierzy, że wypowiedzenie zaklęcia abrakadabra, simsalabim, czy innego alohomora, wywoła jakiś namacalny skutek. Ale kiedy napiszesz, że pod wpływem słów solitony ożywiają martwą komórkę — to już co innego. Nie czary, tylko rezonans solitonowy. Nie uzdrawianie, tylko mechanizm biowibracyjny. Nie medytacja transcendentalna, tylko grupowy proces oddziaływania myślą. Nie modlitwa, tylko mentalna projekcja energii kinetycznej. Chociaż w praktyce mówimy o tym samym, nagle czary stają się nauką.
Oczywiście to tylko kolejna warstwa iluzji. Jeśli ją zdejmiemy, szybko okaże się, że w poście nie opisano żadnego naukowego mechanizmu, mającego sprawiać, że wypowiadane słowa naprawiają wiązania w uszkodzonym DNA. Zamiast tego, w dalszej części tekstu czytamy o “pozytywnych myślach”, “życiodajnej mocy słów” i “potężnym przepływie energii emocjonalnej”.
To zaskakujące, jak wielu ludzi chce uważać się za istoty racjonalne, jednocześnie wierząc w rzeczy z gruntu irracjonalne. Zwykle są to osoby, które interesuje medycyna alternatywna, numerologia, energia wszechświata i reszta mistycyzmu, ale podskórnie czują, że nie wypada im przyznawać wprost: “wierzę w cuda i czary”. Odpowiadamy na tę skrytą potrzebę, dając im twarde alibi dla myślenia magicznego.
4. Połącz ze sobą rzeczy, które nie mają ze sobą nic wspólnego

Naukowcy w 1949 roku badali systemy nieliniowe → solitony ożyły → DNA się naprawiło → pszenica zakiełkowała → myśl jest materialna → życie ludzkie jest nieustannym wyborem.
W pseudonauce wszystko jest połączone ze wszystkim. A im bardziej odległe są od siebie poszczególne wątki, tym lepiej. Nie dlatego, że jesteśmy interdyscyplinarni, ale holistyczni.
I tak właśnie dostajemy tekst, który wygląda jak miks Wikipedii, horoskopu, wykładu Zięby i Matrixa. Mamy fizykę teoretyczną, matematykę układów nieliniowych, biologię molekularną, metafory energetyczne, duchowe uniesienia i medytację zbiorową. Połączono elementy, które z osobna mogą być sensowne i bardzo interesujące (przynajmniej niektóre), ale razem tworzą mizerię absurdu.
Żaden z przytoczonych wątków nie wynika logicznie z poprzedniego, ale układają się w coś, co z wierzchu imituje łańcuch przyczynowo-skutkowy. To zresztą rzecz charakterystyczna również dla teorii spiskowych. Im więcej osobnych tematów zmieszasz, tym bardziej brzmisz jak ktoś, kto połączył kropki. A przecież łączenie kropek to ulubione zajęcie wszystkich, którzy czują się predystynowani od odsłonięcia ukrytej prawdy (i Włodka Markowicza).
To, co naprawdę się tu liczy, to nie spójność merytoryczna, tylko płynność narracyjna. Zgrabne przejście od jednego tematu do drugiego (zwykle od naukowego do duchowego), które daje złudzenie sensu i wzbudza emocje. To jak w kiepskim filmie akcji: poszczególne sceny są bezsensowne, ale montaż i muzyka robią swoje, więc człowiek nawet nie zauważa, kiedy minęły dwie godziny seansu.
5. Powołaj się na spektakularny, ale anonimowy eksperyment

Istota tego eksperymentu była następująca – za pomocą specjalnych przyrządów naukowcom udało się prześledzić drogę podążania tych fal w łańcuchu DNA. Przechodząc przez łańcuch, fala całkowicie odczytywała informację.
W pseudonaukowej historii nie może zabraknąć eksperymentu. Ale nie po to, żeby naprawdę coś wykazać lub udokumentować. Chodzi o to, żeby opowiedzieć o cudownych rezultatach, które doprowadziły do mitycznego przełomu. Celem nie jest rzetelna wiedza, tylko wywołanie efektu wow.
Zgodnie z powyższym, skup się na opisie ostatecznych wyników (pszenica zakiełkowała, DNA uległo naprawie, puls się wyrównał…), ale nigdy nie podawaj szczegółów dotyczących tego, jak rzekomo to wszystko osiągnięto. Nie pisz: “Zespół prof. Janusza Kwantingera wykorzystał spektrometr XZ-2000 z rozdzielczością 0,1 nm, badanie przeprowadzono w warunkach kontrolowanych i ciśnieniu atmosferycznym”, tylko: “Za pomocą specjalnych przyrządów amerykańscy naukowcy zarejestrowali, jak fala odczytała informację”.
Nie podasz konkretów, więc nie będzie się do czego przyczepić. Potem, nie dając czytelnikowi czasu na przetrawienie tego wszystkiego, od razu dodajemy zdanie podbijające emocje:
- To, co zobaczyli, przekroczyło wszelkie oczekiwania.
- Zaskoczeniu uczonych nie było końca.
- Naukowcy siedli z wrażenia, kiedy zobaczyli ten efekt.
- To odkrycie zmieniło wszystko, co dotąd wiedzieliśmy o naturze rzeczywistości.
To język godny telewizyjnej reklamy garnków, ale działa. Im więcej emfazy, tym mniej wątpliwości.
Inna rada? Unikaj jak ognia technikaliów i metodologii, ale rzuć jakimś pozornym szczegółem, który na każdym zrobi wrażenie.
Eksperymenty przeprowadzano więcej niż jeden raz, w ostatnich badaniach wzięło udział 60 i 100 tysięcy osób. (…) Ludzie z własnej woli zbierali się grupami i kierowali swoje pozytywne myśli w określony punkt na naszej planecie. Podczas eksperymentu i przez kilka następnych dni gwałtownie spadły wskaźniki przestępczości w mieście!
W jaki sposób udało się zgromadzić 100 tys. osób i jak je wyselekcjonowano? Jak zdefiniowano “pozytywną myśl” i upewniono się, że grupa wielkości populacji Chorzowa faktycznie skupia swoją uwagę na konkretnym celu? W jakim mieście rzekomo spadły wskaźniki przestępczości?
A czy to ważne? Przecież doświadczenie przeprowadziły instytuty badawcze z USA i Indii (nie pytaj które) – więc chyba nie mogło ono zostać nadinterpretowane, schrzanione albo… zmyślone. Prawda?
6. Podaj „źródła”
Źródło:
http://news.orenu.co.il/archives/17210
http://newrezume.org/news/2016–04-07–13901

Jeśli zapytasz losowego internautę o to, na co należy zwrócić uwagę przy ocenie wiarygodności materiału – najpewniej odpowie, że na źródła. Słusznie. Jednak na szczęście dla nas, zwykle ten sam internauta niekoniecznie rozumie, co jest rzeczywistym źródłem i nie stosuje żadnej gradacji. W sieci artykuł naukowy w branżowym czasopiśmie, preprint czekający na recenzję, książka napisana przez specjalistę w danej dziedzinie, news z clickbaitowego portalu, rolka z Instagrama, screen z Chata GPT, dyskusja na Wykopie i post z forum ufologów – mają zbliżoną wartość.
Liczy się link. Ostatecznie może nawet nie działać albo prowadzić do losowej strony, ponieważ jakieś 90% odbiorców i tak nie poświęci nawet minuty na weryfikację. Nie przesadzam.
Wróćmy do tekstu o solitonach, który opatrzono dwoma “źródłami”. Pierwsze to jakaś izraelska stronka, gdzie przy próbie wejścia wita mnie ostrzeżenie o możliwości wykradzenia danych osobowych (nie radzę klikać). Drugie natomiast, to mały portalik pisany cyrylicą, gdzie można znaleźć m.in. altmedowy poradnik “jak przebić naczynia krwionośne i otwierać żyły w zaledwie trzy minuty”. Ach i w menu głównym widnieje odnośnik do jakiegoś rosyjskiego odpowiednika Tindera.

Mówimy zatem o wielkim międzynarodowym badaniu i rewolucyjnych wynikach, które nie zostały opisane ani w Nature, ani The Lancet, ani Science. Czy to podejrzane? Najwyraźniej nie, skoro setki ludzi bez zażenowania przekleiło zmyśloną historyjkę w całości, wraz z dwoma szemranymi linkami. Podejrzewam, że gdyby prowadziły one do stron propagujących handel ludźmi, hazard albo z filmy przyrodnicze dla dorosłych – również nie byłoby problemu.
Dlatego nie wahaj się zamieścić dwa-trzy odnośniki – najlepiej do egzotycznych, nieczytelnych, pozornie poważnych portali. Jak dobrze to rozegrasz, to jeszcze możesz zarobić, wstawiając reflinki wzięte z jakiegoś programu partnerskiego.
7. Zakończ uniwersalną, życiową mądrością
Wybór zależy od człowieka, przecież właśnie od kierunku jego uwagi zależy, czy będzie człowiek tworzył czy też negatywnie wpływał na otoczenie i na siebie. Życie ludzkie – jest nieustannym wyborem i można nauczyć się robić go prawidłowo i świadomie.

Po całej pseudonaukowej jeździe bez trzymanki – ożywionych solitonach, falach czytających DNA i eksperymentach na stu tysiącach nieznanych ludzi – pora na wyciszenie. Idealnym zwieńczeniem takiej opowieści powinna być ogólna, niepodważalna, filozoficzna sentencja. Zdanie w rodzaju “Życie ludzkie jest nieustannym wyborem” jest jak miękka kołderka, którą możemy otulić umysł, zabezpieczając go przed chłodnymi podmuchami logiki i racjonalizmu.
Końcowa myśl nie musi mieć za wiele sensu. Może być nawet koślawa językowo. Należy jednak sformułować ją tak, aby każdy mógł się z nią zgodzić. “Wybór zależy od człowieka”, “Życie to nieustanny wybór”, “Nic nie może przecież wiecznie trwać”, “Wszystko się może zdarzyć” – takie frazesy nigdy nie tracą na popularności, ponieważ są na tyle puste, że każdy zmieści w nich dokładnie to, czego akurat w danej chwili potrzebuje.
Robimy to również dlatego, żeby ostatnią myślą zasianą w głowie odbiorcy, nie były jakieś wątpliwości natury technicznej, metodologicznej lub logicznej. Zdecydowanie lepiej, aby zakończył lekturę głęboką refleksją nad istotą rzeczywistości, źródłem człowieczeństwa bądź sensem istnienia. Poczuje się mądrze, a i nie będzie zadawał niewygodnych pytań, co do niuansów.
Jeśli dotarłeś do tego miejsca, to gratuluję: właśnie przeszedłeś kurs kreowania pseudonaukowego ścieku w social mediach dla średniozaawansowanych. Wiesz już, jak rzucać nazwiskami bez kontekstu, jak używać słów, których sam nie rozumiesz, jak opowiadać o eksperymentach, których nikt nie przeprowadził, i jak kończyć wszystko mądrością, która nie zawiera treści. Oczywiście, to co zrobisz ze spożytą wiedzą, to już twoja sprawa. W końcu, tylko od wyboru człowieka zależy, czy będzie tworzył, czy też negatywnie wpływał na otoczenie i na siebie. Czy jakoś tak.
Najzabawniejsze (i jednocześnie najbardziej przerażające) jest chyba to, że powyższy poradnik naprawdę mógłby okazać się skuteczny i posłużyć do skonstruowania fejka, który rozniósłby się po ezo-internecie równie szybko, co ospa wietrzna po przedszkolu.
TAK W OGÓLE TO… W świecie poważnej nauki rzeczywiście istnieje coś, co nazywamy modelem solitonowym. Hipoteza ta została zaproponowana przez Thomasa Heimburga i Andrew D. Jacksona z Instytutu Nielsa Bohra w Kopenhadze w artykule z 2009 roku. Według niej, impulsy nerwowe mogą być przekazywane jako mechaniczne fale ciśnienia (solitony) wzdłuż błony komórkowej neuronu, zamiast – jak uczy tradycyjny model (Hodgkina-Huxleya) – jako impulsy elektryczne generowane przez przepływ jonów. Hipoteza ma wielu krytyków, ale w odróżnieniu od pomysłów z ożywianiem komórek za pomocą słów, jest w pełni naukowa.

Aj, było dobrze do momentu gdy nie zaczęli mówić o mierzeniu przepływu pozytywnej energii XD
Jak zawsze świetny artykuł. Straszne, że tak łatwo manipulować ludźmi, ale troszeczke nadziei wnosi sekcja komentarzy pod postem, bo cześć internautów wyśmiewa ten bełkot. No bo przecież jak powiedział Planc i inni amerykańscy naukowcy po słynnym eksperymencie: “nie wierz we wszystko co znajdziesz w internecie, chyba że to ożywiające komórki solitony”.😉
Aż kliknąłem w link dotyczący modelu solitonowego, żeby sprawdzić, czy autor nie robi sobie z nas jaj;)
A teraz spoiler:
Nie robi
Zawsze mnie intryguje co mają w głowie ludzie, którzy wypisują takie bzdury. Przecież podpisują się pod nimi swoim własnym imieniem i nazwiskiem i jeszcze do tego zdjęciem. Takie osoby zawsze już będą kojarzone (przynajmniej przez światłą część społeczeństwa) z głupotą, bądź jej powielaniem, po co więc to ryzykować?
Głupota na niedzielę to były moje ulubione “rozrywkowe” artykuły na Kwantowo… Dzięki!
I pod jej postem praktycznie same pochwały, więc czemu ona ma mieć poczucie że wrzuciła coś głupiego skoro tyle ludzi się tym zachwyca? Wszyscy przecież wydają się być zachwyceni mądrością płynącą z tego postu i dziękują za niego. A jak ktoś krytykuje to co ma zrobić jak to mniejszość, pewnie jakiś hejter, po prostu głowę ma zamkniętą. Nic się nie zmieni, zwłaszcza że dzisiaj łatwiej niż kiedykolwiek można się zamknąć w odpowiedniej bańce informacyjnej.
Same pochwały, bo te niewygodne usunęła. Wiem, bo sam jeden napisałem, co przypłaciłem natychmiastowym banem. 🙂
Szczerze to liczyłem na „prawdziwy” example na końcu artykułu! 🙂
Ufff…przy tym zalewie dezinformacji, kłamstw, fejków i zwyczajnych głupot Twoje artykuły to jak łyk ożywczej wody na pustyni 🙂
Pańska ocena, że 10% internautów weryfikuje źródła jest — moim zdaniem — naiwnością. Oceniam ją raczej jako 0,01%. W dodatku ludzie czytający takie informacje dłużej, niż przez dwa akapity, raczej źródeł nie sprawdzają, więc weryfikacje chyba są równe zeru.
Czytając ten wpis (ten cytowany bełkot) czekałem na finał, że już niedługo, już tuż tuż rozpocznie się akcja wymiany AEG na przenośne radia, na kursach pierwszej pomocy zamiast masażu serca ludzie będą się uczyć prawidłowej wymowy “Wstawaj k…!”. A tu tylko “każdy ma wybór” itp. Czuję się bardzo zawiedziony.
Na szczęście poradnik mi wszystko zrekompensował, bo rzeczywiście mam wybór i zamiast czytać facebookowe bzdury, mogę czytać Alejakto, tak jak wcześniej Kwantowo.