Noc z 10 na 11 kwiet­nia 2026 roku, godzina 2:07 czasu środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie­go. Statek Orion – ochrzczo­ny przez załogę imie­niem Inte­gri­ty (Uczci­wość) – woduje na powierzch­ni Pacy­fi­ku. Misja Artemis II, czyli pierw­szy zało­go­wy lot wokół Księ­ży­ca od ponad pół wieku, zakoń­czy­ła się pełnym suk­ce­sem. Czworo astro­nau­tów powró­ci­ło do domu bez szwanku.

Zale­d­wie trzy­na­ście minut wcze­śniej ta sama kapsuła prze­dzie­ra­ła się przez górne warstwy atmos­fe­ry z pręd­ko­ścią 30 razy większą od pręd­ko­ści dźwięku. Tem­pe­ra­tu­ra wokół niej sięgała 2760°C – mniej więcej połowy tem­pe­ra­tu­ry powierzch­ni Słońca. Materia w pobliżu przy­bra­ła stan plazmy, na sześć minut tamując sygnały radiowe. Kon­tro­la misji mogła tylko cier­pli­wie sie­dzieć i czekać na odzy­ska­nie łączności.

Widok z Oriona około 13 minut przed wodo­wa­niem. Wokół kapsuły gro­ma­dzi się plazma, która prze­ry­wa łącz­ność. (Kto nie miał co robić o 2:00 rano i oglądał to wido­wi­sko na żywo, ręka do góry).

Jak człowiek może przetrwać takie piekło?!

To bardzo nie­do­ce­nia­ny frag­ment histo­rii każdego zało­go­we­go lotu w kosmos. Roz­ma­wia­my prze­cież o zamknię­ciu ludzi w meta­lo­wej puszce, rzu­co­nej w ścianę gazu z pręd­ko­ścią prze­kra­cza­ją­cą 38 tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Fakt, że statek nie tylko nie rozpada się po drodze, ale zabez­pie­cza ładunek (w tym przy­pad­ku paru Homo sapien­sów), to fan­ta­stycz­ny popis inży­nie­rii. Popis i cho­ler­nie odpo­wie­dzial­na robota.

Ale naj­pierw trochę fizyki.

Więk­szość ludzi sądzi, że statek kosmicz­ny roz­grze­wa się podczas wejścia w atmos­fe­rę z powodu tarcia czą­ste­czek gazu o powierzch­nię tegoż statku. Wyobra­że­nie logicz­ne, intu­icyj­ne, ale też spły­ca­ją­ce cały ten proces.

Obiekt zbli­ża­ją­cy się do powierzch­ni Ziemi z pręd­ko­ścią od 8 km/s (dla niskiej orbity oko­ło­ziem­skiej) do 11 km/s (przy powro­cie z Księ­ży­ca) porusza się tak szybko, że mole­ku­ły powie­trza dosłow­nie nie zdążają mu zejść z drogi. Zbijają się w gęstą ścianę, a przed pojaz­dem powsta­je fala ude­rze­nio­wa. Silnie sprę­żo­ny gaz bły­ska­wicz­nie nabiera tem­pe­ra­tu­ry, co w języku ter­mo­dy­na­mi­ki określa się ogrze­wa­niem adia­ba­tycz­nym.

Jeśli dalej nie wiesz o co chodzi, pomyśl o pompce. Takiej zwykłej, do roweru. Kiedy ener­gicz­nie wpy­chasz powie­trze do dętki, dolna część pompki robi się ciepła. To bardzo podobny mecha­nizm, tyle że zamiast tłoku pompki masz podłogę kapsuły, miaż­dżą­cą gaz na drodze swojego lotu. Oczy­wi­ście jakiś ułamek ciepła pocho­dzi również z nudnego tarcia powie­trza o metal – ale głównym pro­du­cen­tem energii (ponad 80%) jest w tym przy­pad­ku ściana sprę­ża­ne­go powie­trza, które nie ma dokąd uciec.

Tak wytwo­rzo­ne ciepło dociera do powierzch­ni statku głównie przez kon­wek­cję – sprę­żo­ny, roz­grza­ny gaz oddaje ciepło powierzch­ni pojazdu. Przy niż­szych pręd­ko­ściach, typo­wych dla powrotu z orbity oko­ło­ziem­skiej, to domi­nu­ją­cy mecha­nizm i inży­nie­ro­wie potra­fią go dosko­na­le modelować. 

Kiedy nato­miast pręd­ko­ści rosną – jak w przy­pad­ku powrotu z Księ­ży­ca – tem­pe­ra­tu­ra gazu staje się tak eks­tre­mal­na, że zaczyna on emi­to­wać energię również w postaci pro­mie­nio­wa­nia. Statek odbiera porcję ciepła nawet bez bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z roz­grza­nym gazem.

A co z tą plazmą?

W tak eks­tre­mal­nych oko­licz­no­ściach atomy zaczy­na­ją gubić elek­tro­ny. Gaz ulega joni­za­cji i tuż pod kapsułą pojawia się ten sam rodzaj materii, który wystę­pu­je w gwiazdach.

Symu­la­cja spa­la­nia sate­li­ty wpa­da­ją­ce­go w atmos­fe­rę. Takie fajne doświad­cze­nia w tunelu pla­zmo­wym prze­pro­wa­dza ESA.

To nie tylko cie­ka­wost­ka. Taka otoczka z plazmy działa trochę jak klatka Fara­daya, blo­ku­jąc sygnały radiowe. Z tego powodu podczas wcho­dze­nia w atmos­fe­rę na kilka minut tracimy kontakt z załogą. (Cie­ka­wost­ka: w przy­pad­ku waha­dłow­ców NASA unikała pełnego blac­ko­utu – dzięki uni­kal­nej geo­me­trii promów mogły one utrzy­my­wać łącz­ność przez system sate­li­tów TDRS. Kapsuły nie mają tego luksusu).

Skoro wiemy pokrót­ce z jakim piekłem mamy do czy­nie­nia, sprawdź­my jak się przed nim obronić.

Pierw­sza, abso­lut­nie klu­czo­wa decyzja pro­jek­to­wa dotyczy kształ­tu statku. Kon­stru­ując zwykłe pojazdy inży­nie­ro­wie sta­wia­ją zwykle na smukłą, aero­dy­na­micz­ną formę, która pozwala na łatwiej­sze prze­dzie­ra­nie się przez powie­trze. W tym przy­pad­ku jest dokład­nie odwrot­nie: koniecz­ny jest tępy, lekko zaokrą­glo­ny spód. Każda kapsuła kosmicz­na – od Sojuzu i Apollo po Dragona i Oriona – ma ten sam pękaty profil i jest to w pełni uza­sad­nio­na decyzja projektantów.

Nie­zgrab­na powierzch­nia pędząc przez atmos­fe­rę, tworzy wyraźną falę ude­rze­nio­wą daleko przed stat­kiem – nie pozwa­la­jąc gorą­ce­mu gazowi przy­le­gać bez­po­śred­nio do kadłuba. Ten dystans (stand-off distan­ce) jest bardzo ważny: im dalej fala ude­rze­nio­wa od powierzch­ni, tym mniej ciepła prze­ka­że konstrukcji.

Ale taki kształt generuje chyba ogromny opór?

Jeżeli pro­jek­tu­jesz samolot nad­dźwię­ko­wy i chcesz, żeby osiągał jak naj­więk­szą pręd­kość fru­wa­jąc w powie­trzu – zależy ci na smu­kło­ści i opły­wo­wo­ści. Chcesz, żeby maszyna gładko prze­ci­na­ła atmos­fe­rę i nie była w żaden sposób spo­wal­nia­na. Jednak statek wra­ca­ją­cy na Ziemię ma zadanie dokład­nie odwrot­ne. Musi po drodze wytra­cić tyle pręd­ko­ści, żeby można było bez­piecz­nie otwo­rzyć spa­do­chro­ny. Olbrzy­mi opór aero­dy­na­micz­ny to darmowy, eko­lo­gicz­ny hamulec.

Przy opły­wo­wym kształ­cie fala ude­rze­nio­wa “przy­kle­ja się” do pojazdu, kon­cen­tru­jąc ciepło jego czubku. W pojaz­dach o kształ­cie tępym, fala ude­rze­nio­wa jest ode­rwa­na, roz­pro­wa­dza­jąc ciepło na większy obszar.

Przy­sa­dzi­sta kon­struk­cja me jeszcze jedną, mniej oczy­wi­stą funkcję. Zwięk­sza ste­row­ność. Trik polega na tym, że środek masy kapsuły jest celowo prze­su­nię­ty i nie leży dokład­nie na osi syme­trii. Dzięki temu statek lecąc przez atmos­fe­rę, gene­ru­je odro­bi­nę siły nośnej. Kiedy kapsuła obraca się za pomocą małych sil­nicz­ków manew­ro­wych, kie­ru­nek tej siły się zmienia. Obrót w jedną stronę ciągnie kapsułę wyżej, w drugą – głębiej w atmosferę.

Prosta symu­la­cja z gry Spa­ce­fli­ght Simulator.

W efekcie obiekt poru­sza­ją­cy się z gracją spa­da­ją­cej beczki, w rze­czy­wi­sto­ści jest ste­ro­wa­nym pojaz­dem, który potrafi celować w kon­kret­ny punkt oceanu. Bez tego mecha­ni­zmu kapsuła wcho­dzi­ła­by w atmos­fe­rę jak kula armat­nia, bez moż­li­wo­ści wyko­na­nia naj­mniej­sze­go manewru. A korekty tra­jek­to­rii się przy­da­ją, cho­ciaż­by w sytu­acji, kiedy w miejsce pla­no­wa­ne­go wodo­wa­nia nad­cią­gnął sztorm.

Ale sam kształt kapsuły chyba nie załatwia sprawy?

To dopiero począ­tek. Potrze­bu­jesz jeszcze czegoś, co fizycz­nie odzieli roz­pa­lo­ną plazmę od cien­kiej alu­mi­nio­wej ścianki, za którą siedzą astro­nau­ci. Do tego służą rzecz jasna różnego typu osłony ter­micz­ne, figu­ru­ją­ce w nomen­kla­tu­rze jako TPS (Thermal Pro­tec­tion Systems). Trochę prze­kom­bi­no­wa­na nazwa, ale dobrze oddaje istotę rzeczy. Nie chodzi bowiem tylko o stwo­rze­nie izo­la­to­ra lub tarczy odpor­nej na pie­kiel­ne tem­pe­ra­tu­ry, lecz o cało­ścio­we zarzą­dza­nia energią w taki sposób, żeby nie dobrała się do elek­tro­ni­ki, wraż­li­wych ele­men­tów i ludzi­ków w środku.

Naj­bar­dziej pry­mi­tyw­nym roz­wią­za­niem w tej sytu­acji jest insta­lo­wa­nie grubej warstwy mate­ria­łu o wyso­kiej pojem­no­ści ciepl­nej, z nadzie­ją, że wchło­nie on nadmiar energii (heat sink). Rolę takiej gąbki może pełnić odpo­wied­nio przy­go­to­wa­ny beryl, miedź, grafit, albo super­stop Inconel X na bazie niklu i chromu. Mate­ria­ły tego rodzaju zna­la­zły zasto­so­wa­nie cho­ciaż­by w poci­skach hiper­so­nicz­nych oraz w poszy­ciu legen­dar­ne­go samo­lo­tu doświad­czal­ne­go X‑15.

Rakie­to­wy samolot North Ame­ri­can X‑15 wyko­ny­wał loty sub­or­bi­tal­ne i osiągał pręd­kość prze­kra­cza­ją­cą Mach 6. Był poli­go­nem dla szeregu roz­wią­zań wyko­rzy­sta­nych później w pro­gra­mach Mercury, Gemini i Apollo.

Problem w tym, że każda pojem­ność cieplna w końcu się wyczer­pu­je. Dlatego to ryzy­kow­ny wybór dla statku kosmicz­ne­go nara­żo­ne­go na napraw­dę eks­tre­mal­ny żar przy wcho­dze­niu w atmosferę.

Skoczmy do lat 80. i spójrz­my, jak spryt­nie radziły sobie wahadłowce.

Ponie­waż podczas scho­dze­nia poszcze­gól­ne części promu smażyły się z różną inten­syw­no­ścią, zasto­so­wa­no dwojaki rodzaj osłony. Orbiter nie mógł być prze­sad­nie ciężki, żeby po dotar­ciu do niż­szych partii atmos­fe­ry był w stanie szy­bo­wać (tak, po to mu te skrzy­dła). Więk­szość powierzch­ni kadłuba pokryto więc lekkimi płyt­ka­mi z krze­mion­ki (HRSI), które miały przede wszyst­kim zapew­niać sku­tecz­ną izolację.

Główną ochronę waha­dłow­ca sta­no­wi­ło ~24 tysiące czar­nych płytek izo­la­cyj­nych HRSI. Tutaj widać frag­ment w pobliżu drzwi orbi­te­ra Endeavour.

Z kolei nos i kra­wę­dzie natar­cia skrzy­deł – nara­żo­ne na naj­ostrzej­sze warunki – zabez­pie­cza­no spe­cjal­nym kom­po­zy­tem węglo­wym RCC (Rein­for­ced Carbon-Carbon). Był to praw­dzi­wy hit wśród ówcze­śnie dostęp­nych mate­ria­łów. Panele oparte o RCC wytrzy­my­wa­ły naj­wyż­sze tem­pe­ra­tu­ry, a ich główna sztucz­ka pole­ga­ła na tym, że aktyw­nie odda­wa­ły część przyj­mo­wa­ne­go ciepła, pod posta­cią promieniowania.

Świetna opcja, jeżeli budu­jesz pojazd mający wie­lo­krot­nie wracać z niskiej orbity.

Chwila, czy jeden z wahadłowców nie uległ zniszczeniu podczas wejścia w atmosferę?

Tak, ale nie dlatego, że osłona ter­micz­na była za słaba, tylko dlatego, że uległa wcze­śniej mecha­nicz­ne­mu uszkodzeniu.

Podczas startu 16 stycz­nia 2003 roku, frag­ment pianki izo­lu­ją­cej odpadł od zbior­ni­ka paliwa i z dużą pręd­ko­ścią rąbnął o lewe skrzy­dło maszyny. Powsta­ła nie­wiel­ka, począt­ko­wo zlek­ce­wa­żo­na wyrwa w panelu RCC. Prom Colum­bia bez­piecz­nie dotarł na orbitę, gdzie przez szes­na­ście dni jakby nigdy nic kon­ty­nu­ował swoją misję. 

Błaha przy­czy­na.

Dziura była nie­wie­le większa od śred­ni­cy talerza. Wystar­czy­ła jednak, żeby podczas powrotu roz­ża­rzo­ny gaz wdarł się do wnętrza skrzy­dła, dewa­stu­jąc jego kon­struk­cję. Orbiter w ciągu paru sekund stracił ste­row­ność i zmienił się w deszcz pło­ną­cych odłam­ków. W kata­stro­fie zginęła cała sied­mio­oso­bo­wa załoga, a NASA stra­ci­ła już drugi (po Chal­len­ge­rze) ze swoich wahadłowców.

Tra­gicz­ny efekt.

Może rozwinę tę ponurą opo­wieść przy innej okazji. Tym­cza­sem pozo­sta­je nam jeszcze jedna, naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­na, naj­trwal­sza i chyba naj­cie­kaw­sza tech­no­lo­gia ochrony ter­micz­nej, zwią­za­na z powierzch­nia­mi ablacyjnymi.

Ablacja wyko­rzy­stu­je prostą fizykę prze­mia­ny fazowej. Żeby zamie­nić ciało stałe w ciecz lub gaz, musisz dostar­czyć mu mnóstwo energii. Dzięki temu część żaru docie­ra­ją­ce­go do obiektu zamiast dodat­ko­wo pod­grze­wać jego wnętrze, zostaje zużyte na kon­tro­lo­wa­ne nisz­cze­nie osłony, a następ­nie ulatuje wraz z odpa­da­ją­cą materią. Osłona kapsuły poci się, parując, odpry­sku­jąc i zrzu­ca­jąc roz­pa­lo­ne łuski, żeby ocalić to, co znaj­du­je się pod spodem.

Cóż za nowoczesny i sprytny mechanizm!

Wła­ści­wie pomysł wyko­rzy­sta­nia ablacji jest tak stary jak sama astro­nau­ty­ka. Już w 1919 roku Robert Goddard – czło­wiek, który zbu­do­wał pierw­szą rakietę na paliwo ciekłe – doszedł do wniosku, że pojazdy kosmicz­ne powinny brać przy­kład z meteorytów. 

Zewnętrz­ne warstwy kamieni wpa­da­ją­cych w atmos­fe­rę, zwę­gla­ją się i odpa­da­ją, ale jed­no­cze­śnie zabie­ra­ją ze sobą część ciepła. Dzięki temu jądro skały potrafi dotrzeć do ziemi i wybić w niej krater albo np. wpaść komuś przez sufit do miesz­ka­nia.

NASA sięga do tech­no­lo­gii abla­cyj­nej od lat 60. ubie­głe­go wieku. Korzy­sta­ła z niej przy okazji histo­rycz­nych pro­gra­mów Mecury, Gemini oraz księ­ży­co­wych misji Apollo – i korzy­sta nadal, przy trwa­ją­cym pro­jek­cie Artemis. 

Z czasem testo­wa­no oczy­wi­ście różne mate­ria­ły. W ostat­nich deka­dach sporym wzię­ciem cie­szy­ły się osłony PICA (Phe­no­lic-Impre­gna­ted Carbon Ablator), wyko­na­ne z włókien węglo­wych impre­gno­wa­nych żywicą feno­lo­wą. Takie panele o niskiej gęsto­ści zain­sta­lo­wa­no m.in. w misjach Star­dust, OSIRIS-REx, Mars Science Labo­ra­to­ry (tej od łazika Curio­si­ty) oraz Mars 2020 (tej od Per­se­ve­ran­ce). Podobną drogę obrał SpaceX, tworząc własną odmianę, PICA‑X, na potrze­by swoich kapsuł Dragon i Crew Dragon.

Podczas pro­jek­to­wa­nia Artemis posta­wio­no jednak na kon­ku­ren­cyj­ny mate­riał Avcoat. Nazwa pocho­dzi od firmy Avco, która wyna­la­zła wydajną formułę żywicy epok­sy­do­wo-feno­lo­wo-for­mal­de­hy­do­wej do ochrony modułów dowo­dze­nia w czasach pro­gra­mu Apollo.

Że co? Artemis korzysta z technologii, której stuknie zaraz 60 lat?

NASA roz­pa­try­wa­ła kan­dy­da­tu­ry ośmiu różnych mate­ria­łów (w tym PICA), ale osta­tecz­nie uznała, że naj­waż­niej­sze jest ogra­ni­cze­nie ryzyka. Zamiast eks­pe­ry­men­tów posta­wio­no więc na roz­wią­za­nie sta­ro­świec­kie, ale za to spraw­dzo­ne w bliź­nia­czych oko­licz­no­ściach – tj. w jedynym wcze­śniej­szym pro­gra­mie księżycowym.

W ten sposób spód statku Orion przy­ozdo­bio­no tyta­no­wą płytą o śred­ni­cy 5 metrów, do której zamo­co­wa­no 186 kafel­ków z Avcoatu. Nowa-stara osłona prze­szła chrzest bojowy w grudniu 2022 roku. W ramach testu Artemis I zabez­pie­cza­ła pustą kapsułę podczas pierw­sze­go prze­lo­tu w pobliżu Księ­ży­ca i powrotu na Ziemię.

Feno­me­nal­ne nagra­nie finału testo­wej misji Artemis I. Cała ope­ra­cja powrotu na Ziemię widzia­na z per­spek­ty­wy okna kapsuły Orion.

Orion wrócił w jednym kawałku, ale poja­wi­ły się wąt­pli­wo­ści. Po lądo­wa­niu inży­nie­ro­wie zbadali osłonę i nali­czy­li ponad sto “dziur” – miejsc, w których mate­riał abla­cyj­ny złusz­czył się bar­dziej niż powi­nien. Na dodatek, trzy z czte­rech śrub łączą­cych kapsułę z modułem uległo nadtopieniu. 

Według raportu statek nie był poważ­nie zagro­żo­ny znisz­cze­niem, ale symu­la­cje nie prze­wi­dy­wa­ły uszko­dzeń tego rodzaju, co przy­spo­rzy­ło ludziom z NASA siwych włosów.

Proces mon­to­wa­nia kafel­ków abla­cyj­nych na osłonie ter­micz­nej Oriona.
Osłona ter­micz­na Oriona po powro­cie na Ziemię w 2022 roku.

Pewnie gdyby cho­dzi­ło o auto w warsz­ta­cie, można by przyjąć zasadę “jeździć, obser­wo­wać” i machnąć ręką. Jednak w przy­pad­ku misji kosmicz­nej wartej parę miliar­dów dolarów – dodat­ko­wo mając z tyłu głowy kata­stro­fę Colum­bii – lepiej dmuchać na zimne.

Ale dlaczego sprawdzona osłona miałaby nie działać w Artemis?

Tech­no­lo­gia została zain­spi­ro­wa­na tą z pro­gra­mu Apollo, jednak różnica leżała w pro­ce­du­rze wejścia w atmosferę.

Statek wra­ca­ją­cy na Ziemię ma do wyboru wąski zakres dopusz­czal­nych tra­jek­to­rii. Jeśli wejdzie zbyt płytko, odbije się od górnych warstw atmos­fe­ry i odleci z powro­tem na orbitę. Zachowa się jak kamyk ska­czą­cy po powierzch­ni stawu podczas pusz­cza­nia kaczek. Wejdzie zbyt stromo – stru­mień ciepła i prze­cią­że­nia prze­kro­czą to, co osłona oraz załoga są w stanie wytrzymać.

Trzeba wyce­lo­wać w kory­tarz pomię­dzy jednym a drugim. Ale i tutaj ist­nie­je pewne pole manewru. Podczas lotu Artemis I NASA posta­no­wi­ła zmniej­szyć kąt wejścia i roz­ło­żyć je na dwie tury (tzw. skip reentry).

W tym sce­na­riu­szu kapsuła nie spada w linii prostej, tylko po krzywej tra­jek­to­rii w kształ­cie zbli­żo­nym do litery “S”. Wytraca część pręd­ko­ści w górnych war­stwach atmos­fe­ry, potem wyko­rzy­stu­jąc opór gazów i swoją siłę nośną doko­nu­je “odbicia”. Nie na tyle silnego, żeby wrócić na orbitę, ale wystar­cza­ją­ce­go, aby “wziąć wdech” przed wła­ści­wym zanu­rze­niem. Zamiast jednego mocnego zde­rze­nia ze ścianą gazu, dosta­je­my więc dwa łagod­niej­sze, roz­dzie­lo­ne krótką przerwą. Daje to ciut więcej kon­tro­li nad wyborem miejsca lądo­wa­nia oraz zmniej­sza dys­kom­fort zwią­za­ny z przeciążeniem.

Jed­nak­że całe to lawi­ro­wa­nie po atmos­fe­rze zmienia czas i rytm, w jakim kapsuła obrywa stru­mie­niem gorąca. Pomię­dzy jednym i drugim zanu­rze­niem tem­pe­ra­tu­ra spada, jednak ciepło zgro­ma­dzo­ne w mate­ria­le nie znika, pod­trzy­mu­jąc paro­wa­nie i nisz­cze­nie powierzch­ni osłony. Krótko mówiąc, Avcoat woli zostać przy­pa­lo­ny raz a dobrze, niż być prażony na raty.

Osta­tecz­nie obyło się bez pro­jek­to­wa­nia nowej tarczy. Zamiast tego, doko­na­no mody­fi­ka­cji manewru i zła­go­dze­nia odbicia. Z long skip reentry zro­bio­no short skip reentry / lofted entry. (Nawia­sem mówiąc, podczas pro­gra­mu Apollo również odpusz­czo­no manewr odbicia, choć z zupeł­nie innej przy­czy­ny. W tamtych czasach NASA przede wszyst­kim oba­wia­ła się, że kom­pu­te­ry mogą nie podołać pre­cy­zyj­ne­mu wyli­cze­niu odpo­wied­niej trajektorii).

Rick Hen­fling, odpo­wia­da­ją­cy za spro­wa­dze­nie Inte­gri­ty na Ziemię, powie­dział po wodowaniu:

Jeśli nie odczu­wasz żadnego nie­po­ko­ju, kiedy spro­wa­dzasz statek do domu, to chyba nie masz pulsu.

Chociaż finał Artemis II prze­biegł pod­ręcz­ni­ko­wo, trudno się nie zgodzić. Bez względu na zgro­ma­dzo­ne doświad­cze­nie i liczbę prze­pro­wa­dzo­nych testów, nadal mówimy o puszce prze­ci­na­ją­cej atmos­fe­rę dwa­dzie­ścia razy szyb­ciej niż myśli­wiec F‑35, przy­pie­ka­nej w tem­pe­ra­tu­rze dwa razy wyższej niż potrze­ba do sto­pie­nia tytanu. Z żywym ładun­kiem w środku.

Astro­naut­ka Chri­sti­na Koch poko­cha­ła swoją kapsułę i jej powłokę ablacyjną. 🙂

Pozo­sta­je czekać na kolejne wido­wi­sko. Misja Artemis III (tym razem bez opusz­cza­nia orbity oko­ło­ziem­skiej) ma wystar­to­wać w roku 2027, a Artemis IV (już z lądo­wa­niem na Srebr­nym Globie) na począt­ku 2028. Trzy­maj­my kciuki za astro­nau­tów. No i za Avcoat.

A TAK W OGÓLE TO… Kapsuła Orion wbija się w atmos­fe­rę Ziemi z pręd­ko­ścią 11 km/s. Sporo, ale rekord został usta­no­wio­ny daleko od naszej planety. W grudniu 1995 roku sonda Galileo zrzu­ci­ła w kie­run­ku Jowisza próbnik o masie 339 kilo­gra­mów, z czego prawie połowę sta­no­wi­ła osłona ter­micz­na. Urzą­dze­nie wpadło w atmos­fe­rę olbrzy­ma z pręd­ko­ścią 47,4 km/s (cztery razy szyb­ciej niż Orion). Stru­mień ciepła dopro­wa­dził do “wypa­ro­wa­nia” 80 kilo­gra­mów mate­ria­łu abla­cyj­ne­go. Tarcza speł­ni­ła swoje zadanie. Próbnik prze­trwał, otwo­rzył spa­do­chron i trans­mi­to­wał dane przez 57 minut, zanim został przy­tu­lo­ny na śmierć przez jowi­szo­we ciśnienie.

No i nabra­łem smaka na powrót do Kerbali…

Kategorie: