Kiedy TO się stało większość mieszkańców Luizjany jeszcze smacznie spała. 14 września 2015 roku superczuły detektor LIGO w Livingston złapał sygnał. Ustawione prostopadle do siebie wiązki lasera uchwyciły moment, w którym długość czterokilometrowych ramion interferometru zawahała się o 10-18 m. Tyle co nic. Mogłaby to być przypadkowa anomalia, ale siedem milisekund później identyczną zmianę odnotował drugi detektor LIGO, ulokowany 3 tysiące kilometrów dalej, w Hanford w stanie Waszyngton.
Na wykresie wyglądało to tak:

Przez Kulę Ziemską przeszła fala grawitacyjna, a ludzie po raz pierwszy w dziejach byli w stanie ją zauważyć. Wydarzeniu nadano formalną nazwę GW150914 – skrót od Gravitational Wave i daty odkrycia 2015-09-14.
Była to piękna koincydencja. Odkrycia dokonano niemal równo 100 lat od momentu, kiedy Albert Einstein ukończył swoje równania pola, na podstawie których sformułował ogólną teorię względności. A ogólna teoria względności jest w tym wszystkim absolutnie kluczowa.
W sercu idei Einsteina tkwiło odważne twierdzenie: przestrzeń nie jest bierną areną zdarzeń, lecz rzeczywistym, fizycznym i dynamicznie ewoluującym bytem. Na dodatek w dziwny sposób fundamentalnie połączonym z czasem. Wszystkie obiekty we wszechświecie, łącznie z tobą i ze mną, pozostają zanurzone w niewidzialnej, ale realnej sieci czasoprzestrzeni.
A ponieważ Einstein lubił odważne twierdzenia, dorzucił też kolejne: grawitacja nie jest jakąś “siłą” w newtonowskim sensie. Przyciąganie dwóch ciał to konsekwencja zakrzywionej geometrii czasoprzestrzeni wywołanej obecnością masy. Innymi słowy, gdyby wszechświat był całkowicie pusty nasza niewidzialna sieć prezentowałaby się tak:

Jednak wszechświat zdecydowanie nie jest pusty. Wypełniają go cząstki, duże i małe kamienie, obłoki gazu, kule plazmy oraz czarne dziury. Każda z tych rzeczy naciska na tkankę czasoprzestrzeni, tworząc wokół siebie zakrzywienia i zagłębienia. Tym większe z im większą koncentracją masy mamy do czynienia. Pobliskie mniejsze ciała toczą się po tych krzywiznach, co postrzegamy jako efekt działania grawitacji.

Sprawa staje się jeszcze ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że wszystkie te obiekty pozostają w ruchu. Orbitują, wirują, czasem wybuchają. Jeżeli masywny układ nie jest doskonale gładki i symetryczny (a zwykle nie jest), dodatkowo staje się źródłem drobnych drgań czasoprzestrzeni, rozchodzących się po wszechświecie jak zmarszczki na tafli wody, po wrzuceniu do niej kamyka.
Żeby to sobie zwizualizować, pomyśl o zbiorze cząstek wiszących sobie gdzieś w kosmosie, ułożonych w kształt cylindra. Jeśli czasoprzestrzeń zacznie falować wzdłuż osi tego cylindra, odległości pomiędzy cząstkami zaczną się zmieniać:

To właśnie słynne fale grawitacyjne. Delikatne odkształcenia w samej strukturze czasoprzestrzeni, które – obiecuję, że to już ostatnie odważne twierdzenie Einsteina – rozbiegają się dookoła swojego źródła z ograniczoną prędkością, równą prędkości światła w próżni.
Czy to oznacza, że Ziemia okrążająca Słońce wytwarza takie fale grawitacyjne?
Właściwie tak, jednak ciała Układu Słonecznego są zbyt lekkie i nudne (brak asymetrii orbit i wyraźnych przyśpieszeń) żeby dało się to zmierzyć. Ewentualne odkształcenia mają bardzo, bardzo niską energię i częstotliwość.
Dla kontekstu powinieneś wiedzieć, że czasoprzestrzeń niechętnie ulega deformacjom. Gdybyś położył centymetr od siebie dwa protony, ich przyciągnie grawitacyjne byłoby 1037 razy (!) mniejsze niż odpychająca je siła elektrostatyczna. Morał z tego jest taki, że grawitacja to żałośnie słabe oddziaływanie. Pomimo, że teoretycznie każda cząstka materii wywiera nacisk na sieć czasoprzestrzeni, tak naprawdę tylko tytaniczne masy mają w tej grze cokolwiek do powiedzenia.
Fale grawitacyjne są przy tym same w sobie wyjątkowo subtelnym zjawiskiem. Dlatego żeby mieć jakiekolwiek szanse na ich obserwację, trzeba zwrócić się ku najbardziej ekstremalnym obiektom w całym wszechświecie. Tymi są rzecz jasna czarne dziury, gwiazdy neutronowe i ewentualnie białe karły.
Fizycy na długo przed rozpoczęciem projektu LIGO mieli świadomość, że najlepszymi emiterami fal grawitacyjnych będą układy podwójne takich potworów. Przekonali się o tym już pół wieku temu, kiedy wpadli na pierwszy dowód istnienia fal.
Przecież fale złapano dopiero w roku 2015!
To prawda, ale mocny pośredni dowód przemawiający za ich istnieniem udało się zdobyć już w roku 1974. Joseph Taylor i Russell Hulse z Princeton odkryli wtedy system PSR 1913+16, złożony z dwóch ciał (przypuszczalnie dwóch pulsarów) o masach nieco większych od Słońca i krążących szybko po bardzo ciasnych orbitach wokół wspólnego środka masy.

Po czterech latach obserwacji fizycy zauważyli, że oba ciała powoli się do siebie zbliżają, a orbity co roku ulegają skróceniu o 3,5 metra. Układ gubił gdzieś swoją energię. Wypromieniowywał ją pod postacią niewidzialnych fal grawitacyjnych, w zgodzie z przewidywaniami ogólnej teorii względności.
Jednak bezpośrednie przyłapanie zmarszczek czasoprzestrzeni jeszcze długo wydawało się nie do zrobienia. Albert Einstein uważał wręcz, że nawet jeżeli przez Ziemię non stop przenikają jakieś fale, to są one tak słabe, że być może nigdy nie zostaną zarejestrowane.
Dobrze, że na starość Einstein często się mylił.
Ten sceptycyzm był uzasadniony. Kiedy patrzysz na animacje, w których cząstki materii łagodnie falują w rytm wędrujących zaburzeń czasoprzestrzeni, widzisz wyidealizowane i dramatycznie przeskalowane modele.

Odkształcenia, o których mówimy zmieniają odległości w przestrzeni średnio o czynnik 10-21. Oznacza to tyle, że jeżeli fala grawitacyjna wyemitowana w innej galaktyce przechodzi przez Układ Słoneczny, to dystans między Ziemią i Słońcem (150 mln km) zostanie rozciągnięty lub skurczony o… średnicę atomu wodoru (1,5 × 10-10 m). W naszej przyziemnej skali, odchylenia będą odpowiednio jeszcze mniejsze i porównywalne z rozmiarami cząstek subatomowych. To tyle co nic.
Potrzebowaliśmy więc przyrządu zdolnego do zmierzenia “niczego”. Wykorzystano sprawdzoną, bo znaną od ponad stulecia, koncepcję interferometru Michelsona.
Działa to tak. Wiązka laserowa jest rozdzielana na dwie części przez specjalne półodbijające zwierciadło. Wychodzące z tego miejsca wiązki są kierowane do dwóch prostopadłych ramion, na końcach których również zawieszone są zwierciadła. Po serii odbić wiązki ponownie łączą się w detektorze, który sprawdza, czy fale lasera interferują ze sobą w przewidywalny sposób.

Jeśli aparatura nie wykryje żadnych odchyleń od normy, to dlatego, że obie wiązki przebyły dokładnie ten sam dystans, a żadne z luster nie uległo poruszeniu. Jeżeli natomiast instrumenty wykażą przesunięcie prążków interferencyjnych, będzie to oznaczało, że odległość uległa zmianie. Ramię interferometru zostało rozciągnięte na skutek przejścia fali grawitacyjnej.

Tu widać o co chodzi jeszcze lepiej:

Ogólna zasada wydaje się więc dość prosta. Problemem są szczegóły techniczne, które uczyniły z tego projektu jeden z najdzikszych wyczynów inżynieryjnych w historii nauki.
Wrażenie robi już sama skala urządzenia. Ramiona detektorów LIGO mają aż 4 kilometry długości, czy czyni je największymi interferometrami w dziejach. Same ramiona kryją tunele, wewnątrz których panuje próżnia na poziomie bilionowej części ciśnienia atmosferycznego – żeby zbłąkane molekuły powietrza nie rozpraszały wiązki lasera. Z kolei rolę zwierciadeł pełnią 40-kilogramowe plastry szkła kwarcowego, gładsze niż lustra zainstalowane w Bardzo Dużym Teleskopie (VLT) w Chile.
Jednak największym wyzwaniem dla konstruktorów LIGO, było wytłumienie szumu tła. Wstrząsy sejsmiczne, odległe burze z piorunami, prace budowlane, przejeżdżające ciężarówki, koncerty na pobliskich stadionach – wszystko wokół nas wywołuje drgania, które bez trudu mogłyby zanieczyścić tak skrupulatne pomiary. Dlatego zwierciadła i w ogóle wszystkie kluczowe elementy układu optycznego zostały zawieszone przy użyciu wielostopniowego systemu tłumików, gdzie każdy odpowiada za wygaszanie drgań w innym zakresie częstotliwości.

A żeby mieć absolutną pewność, że nasłuchiwane szmery pochodzą spoza planety, wybudowano nie jeden, ale dwa identyczne, wielkie i ultranowoczesne interferometry. Jeden w Luizjanie, drugi w stanie Waszyngton. Budowa obu kompleksów oraz ich modernizacja (Advanced LIGO), kosztowała około pół miliarda dolarów. (Nie tak dużo, jeśli zauważymy, że podobne sumy potrafili przehulać twórcy Jurassic World Dominion czy innych Star Warsów).

Na efekt tych wszystkich inżynieryjnych popisów, jak już wiesz, musieliśmy czekać do 14 września 2015 roku. W tym dniu na odczytach obu interferometrów objawił się bliźniaczy silny sygnał, oznaczony jako GW150914.
Wiadomo skąd został “nadany”?
Z niepozornego wykresu naukowcy potrafią odczytać zadziwiająco dużo informacji na temat źródła sygnału. W tym przypadku były to dwie dorodne czarne dziury. Pierwsza miała masę 29, a druga 36 razy większą od masy Słońca (M☉). Przez miliony lat krążyły wokół wspólnego środka masy, złączone w grawitacyjnym tańcu śmierci, gdzie po każdym obiegu ich orbity ulegały skróceniu.
LIGO wychwyciły głośny finał tej historii. Na ułamek sekundy przed kraksą, prędkość obu potworów wynosiła 180 000 km/s, a częstotliwość emitowanych fal grawitacyjnych skoczyła od 35 do 250 Hz. Podkreślam: dwa obiekty o masie kilkadziesiąt razy większej od naszego Słońca, wirowały w tempie przekraczającym 60% prędkości światła!
Nastąpiła kolizja i fuzja czarnych dziur. Jedno z najbardziej energetycznych zjawisk znanych naturze. Gdyby przełożyć to na fale dźwiękową, w słuchawkach usłyszałbyś charakterystyczny “świergot”.

Nie, żeby na miejscu było cokolwiek słychać. Jednak trwająca dwie dziesiąte sekundy erupcja energii grawitacyjnej, przyćmiła łączną energię świetlną i cieplną gwiazd w całym obserwowalnym wszechświecie.
Z tego chaosu wyłoniła się nowa czarna dziura o masie 62 M☉.
29 + 36 = 65, a nie 62.
Stąd ta niewiarygodna energia. Podczas kulminacji masa rzędu trzech Słońc rozpłynęła się w przestrzeni, głównie pod postacią fal grawitacyjnych. Te okazały się na tyle silne, że zdołały przebyć drogę 1,3 miliarda lat świetlnych (12 tysięcy razy więcej niż średnica naszej galaktyki), zanim zameldowały się na wykresach ziemskich interferometrów. Rozmawiamy o sygnale, który miał swoje źródło w odległej galaktyce, w zupełnie innej części wszechświata. Kiedy zaczynał swoją wędrówkę, na Ziemi trwał głęboki proterozoik, a w oceanach dopiero rodziły się pierwsze organizmy wielokomórkowe.
W momencie dotarcia do Drogi Mlecznej grawitacyjny “grzmot” był już tylko cichym echem. Po pokonaniu 1,3 miliarda lat świetlnych fala zdołała na ćwierć sekundy skurczyć ramiona interferometrów w Livingston i Hanfordzie o około 10-18 m.
Epokowe odkrycie dokonało się w absolutnej ciszy. Nikt nie czuwał przy aparaturze, ponieważ w obu placówkach zegary wskazywały odpowiednio 4:50 i 2:50 nad ranem. Jednak w analizie danych z projektu brało udział wiele instytucji z różnych zakątków świata. Szczęśliwcem, który jako pierwszy wypatrzył na wykresie coś niezwykłego był podobno Marco Drago – doktorant z Instytutu Maxa Plancka w Hanowerze.
Kiedy Drago zauważył sygnał zaczął obdzwaniać kolegów, pytając czy Amerykanie nie planowali na ten dzień jakichś testów. Miał prawo tak pomyśleć, ponieważ detektory nawet nie znajdowały się w pełnym trybie operacyjnym! W końcu udało się skontaktować z Livingston i uzyskano oficjalne potwierdzenie: nikt w środku nocy nie majstrował przy sprzęcie, więc wszystkie odczyty powinny być w pełni naturalne.
Zapanowała ekscytacja. Nie dość, że sygnał upolowano przed rozpoczęciem właściwego cyklu obserwacyjnego, to jeszcze okazał się on silniejszy i czystszy niż ktokolwiek oczekiwał.
Mimo to, szampany czekały na odkorkowanie jeszcze przez długie pięć miesięcy. Najpierw fizycy musieli się upewnić, że sygnał nie jest rezultatem żadnego żartu, błędu, pomyłki, awarii, ani zwariowanego zbiegu okoliczności. Porównali uzyskane dane z modelami teoretycznymi. Dokonali gruntownego przeglądu każdego urządzenia i oprogramowania. Sprawdzili też, czy w tym samym czasie gdzieś na świecie nie wydarzyło się cokolwiek, co mogło wygenerować podobny wykres.

Ale najważniejsze było to, że sygnał został zarejestrowany przez dwa całkowicie niezależne detektory, z różnicą czasu dokładnie odpowiadającą prędkości światła. Ewentualna pomyłka obu interferometrów była skrajnie nieprawdopodobna.
Wreszcie 11 lutego 2016 roku na konferencji prasowej w Waszyngtonie dyrektor wykonawczy LIGO, David Reitze, powiedział zdanie, które obiegło cały naukowy świat: “Ladies and Gentlemen… We… have detected gravitational waves! We did it!”
Nawet jeżeli ktoś miał w tamtym momencie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, musiał się ich wyzbyć dwa lata później. W sierpniu 2017 roku zarejestrowano sygnał GW170817. Był on szczególny, ponieważ zdarzenie astronomiczne, od którego pochodził, tym razem było równolegle zaobserwowane również przez teleskopy promieniowania gamma. Po raz pierwszy w dziejach astronomowie mieli okazję zarejestrować kolizję gwiazd neutronowych na dwa zupełnie różne sposoby: oglądając towarzyszący jej błysk i przechwytując pochodzącą stamtąd zmarszczkę w czasoprzestrzeni.
Do dzisiaj projekt LIGO wraz z europejskim Virgo wykryły ponad 90 potwierdzonych fal grawitacyjnych oraz kolejne setki czekających na analizę. To dopiero skromne początki, ale nie ma wątpliwości, że zyskaliśmy kolejne potężne narzędzie, pozwalające zajrzeć tam, gdzie nie sięgnie żaden teleskop.

To naprawdę dobry czas na bycie astronomem.
A TAK W OGÓLE TO… Jednym z pionierów badań teoretycznych nad falami grawitacyjnymi był polski fizyk, Andrzej Trautman. Naukowiec z UW szukał analogii między działaniem pola grawitacyjnego i pola elektromagnetycznego, co pomogło mu sporządzić matematyczny model wypromieniowywania energii z układu przez emisję fal grawitacyjnych. Innowacyjne spostrzeżenia zawarł w swoim doktoracie oraz dwóch artykułach z 1958 roku. To otworzyło młodemu Trautmanowi przepustkę do światowej fizyki i współpracy z uczonymi z największych placówek na świecie.

Jak zwykle napisane ciekawie, ze swadą i dużą znajomością tematu. Bardzo interesujące. Dziękuję.
To fascynujący temat ale daleki od oczywistosci, rodzi w mojej głowie wiele pytań i skłania do przemyśleń.
A. Łatwo przejść do porządku nad opisem tego zdarzenia ale… co właściwie zmieniło wymiary i jakim cudem mogliśmy to stwierdzić? Gdyby w takt fali czasoprzestrzennej zmieniała się długość ramienia detektora, tak samo falowałaby cała aparatura wraz z otoczeniem, wzorzec metra i nawet sami obserwatorzy — nie byłoby układu odniesienia, względem którego można zmierzyć długości.
Przywołajmy na pomoc podobne zjawisko — ucieczkę galaktyk czyli rodzenie się nowej przestrzeni rozpychającej Wszechświat, napędzane ciemną energią. Zjawisko powszechnie znane ale słabo rozumiane. Efekt ten jest obserwowalny wyłącznie na dystansach kosmologicznych w postaci oddalania się galaktyk od siebie. Już tak słabe oddziaływanie jak grawitacja w skali naszej galaktyki wystarcza, żeby trzymać ją w ryzach. Droga Mleczna nie puchnie razem z przestrzenią, tym bardziej ciała materialne, scalane potężnymi siłami elektrycznymi nie zmieniają swoich rozmiarów wraz przestrzenią… no właśnie! Moje przypuszczenie jest takie, że ramiona detektora LIGO nie zmieniają wymiarów, które nadal są takie same jak zmierzone “obiektywnie” światłem w płaskiej czasoprzestrzeni. To przestrzeń faluje a razem z nią geodezyjne. Dlatego w tej krótkiej chwili zaburza się mikroskopijnie wynik pomiaru długości ramienia z pomocą światła względem pomiaru w płaskiej przestrzeni.
Spisałem na gorąco wrażenia po lekturze tekstu ale po przemyśleniu stwierdzam, że aparatura rejestruje tylko zmiany względne długości tj. jednego ramienia względem drugiego. Zatem pewnie jednak to ramię instrumentu wystawione na falę (bardziej równoległe do fali) zmienia długość razem z przestrzenią a drugie nie i stąd wykrywalna różnica.
B. W prawie każdym artykule medialnym nt. astronomii czy kosmologii ktoś musi błyskotliwie zauważyć, że jakaś opisywana tam supernowa wybuchła, lub złączyły się czarne dziury, nie wtedy gdy to zaobserwowaliśmy a, powiedzmy, wtedy gdy na Ziemi rozpoczął się proterozoik. Jakoś jednak umyka wszystkim fakt, że takie stwierdzenie postuluje jednoczesność zjawisk bardzo oddalonych w czasoprzestrzeni, co jak wiadomo z STW, nie ma większego sensu. Wg jakiegoś obserwatora chyżo mknącego względem nas (ale bez przyspieszenia więc subiektywnie spoczywającego), supernowa wybuchła wcześniej niż Ziemianie datują proterozoik. Względem innego obserwatora mknącego w przeciwnym kierunku było wprost przeciwnie. Pomijam już oczywistą techniczną nieweryfikowalność takiego stwierdzenia. To tylko pewna figura retoryczna i lepiej mieć tego świadomość
C. Łatwo powiedzieć, że masa wypadkowa jest mniejsza niż suma składników bo jej część zamieniła się w energię fal grawitacyjnych. Ale czy nie zastanawia was mechanizm fizyczny tej zamiany? Jak to się mogło stać? Masa jest skupiona w cząstkach elementarnych i (głównie) w energii sił je wiążących. Fale grawitacyjne dotyczą czasoprzestrzeni, która ewidentnie jest inną jakością i nie widać nawet najmniejszych śladów jej cząsteczkowego charakteru, mimo uporczywych fantazji o grawitonach. Nikt nie wykrył ich śladu a niemolekularna OTW sprawdza się tak dobrze, że lepiej już się nie da. Co się stało po połączeniu czarnych dziur, czy zmieniła się liczba cząstek czy ich konfiguracja, skoro tyle energii poszło w grawitację? Dopiero końcowy przypis podsuwa nam pewien ślad w postaci prac Trautmanna. Przypuszczam jednak, że dla zwykłego śmiertelnika będą one mało strawne.
A może Ciekawski dostrzeże tu temat warty kolejnego artykułu?
BTW Żarcik obrazkowy z parką nad morzem — przedni.
To, że powstała czarna dziura ma mniejszą masę rozumiem jakoś podświadomie. Układ stracił niewyobrażalną ilość energii, co możemy przeliczyć na jego masę. Jak dokładnie, w szczegółach? Dobre pytanie.
Mnie bardziej zastanawia coś o czym przeczytałem niedawno i nie potrafię tego nijak pojąć: powstała czarna dziura ma pomimo mniejszej masy nadal tak samo wielki horyzont zdarzeń. 3 masy słońca wyparowały z układu, jednak wielkość horyzontów obydwu czarnych dziur się zsumowała i nic sobie ze spadku masy nie robi :/
Trudno sobie wyobrazić jaka to musi być moc takiego zderzenia, że nawet po miliardach lat jesteśmy w stanie je zarejestrować. W zasadzie znajdujemy się tak daleko od miejsca kolizji, że w ogóle nie odczuwamy takiej fali. Ale ciekawe jakby to wyglądało gdybyśmy znajdowali się dużo bliżej, czy falę grawitacyjną dałoby się wtedy jakoś “odczuć”.
Gdy się czyta o skali i skutkach takiego zdarzenia, to dochodzi się do wniosku, że nic dziwnego, że cylinder Webera nie zadziałał… to znaczy — pewnie zadziałał, ale efekt był po prostu niemierzalny.
Dla mnie osobiście inny fakt stanowi swego rodzaju zaskoczenie i wydaje się zupełnie nieintuicyjny — jesteśmy w stanie z odległości setek, tysięcy, czy milionów lat świetlnych wykryć pojedyncze globy, ich oddziaływania między sobą, a nie jesteśmy w stanie zrobić ostrego zdjęcia z orbity… przecież gdyby skalować to wprost, to powinniśmy uzyskiwać tu, na Ziemi, zdjęcia struktury wewnętrznej kwarków (o ile one jakąś strukturę wewnętrzną posiadają).
Ale zauważyłeś że mowa tu o obiektach ekstremalnych w ekstremalnej sytuacji, prawda?
To nie było zderzenie asteroidy z planetą.
A tak odnośnie skalowania — jesteś w stanie dostrzec Mount Everest z odległości 100 km, prawda?
No to przeskalujmy to i popatrz na tą bakterię na twojej ręce.
Super napisane, ale mnie osobiście brakuje info skąd wiadomo w jakiej odległości była emisja? Skąd wiadomo, że nie była ona bliżej, ale z mniejszą mocą początkowa?
W jaki sposób zauważyć że orbity ciał oddalonych o 21 tys lat świetlnych zmieniają się o 3,5m w skali roku.….? Obserwacja trwała 4 lata, więc w sumie orbity zmieniły się o 14 metrów. Przecież to tyle co nic w takiej skali.…
Zderzenie czarnych dziur. Niesamowite. Ale jak przebiegałoby to zderzenie gdyby jednak z nich była z antymaterii?