To był wtorek 28 stycznia 1986 roku. O godzinie 11:38 czasu miejscowego prom kosmiczny Challenger oderwał się od ziemi, startując z platformy na Przylądku Canaveral. Rozpoczęcie dwudziestej piątej misji amerykańskiego programu wahadłowców śledziły miliony telewidzów, w tym aż 2,5 miliona dzieci. Szczególnie wysoka oglądalność była zasługą obecności na pokładzie nietypowego pasażera, w osobie Christy McAuliffe. 37-letnia historyczka z New Hampshire została wyselekcjonowana do lotu spośród 11 tysięcy chętnych cywili w ramach projektu Nauczyciel w kosmosie.
Siedemdziesiąt trzy sekundy później zapanował chaos. Niebo rozdarła ogromna pomarańczowa kula ognia, a widzowie zobaczyli to:
Challenger uległ dezintegracji, zabijając całą siedmioosobową załogę misji STS-51‑L. NASA poniosła jedną z najdotkliwszych porażek w historii swojego istnienia. Przez kolejne miesiące katastrofą żyła cała Ameryka. Wszyscy chcieli poznać winnych i dostać odpowiedź na pytanie:
Dlaczego wahadłowiec eksplodował?
Trzy dni po katastrofie Ronald Reagan powołał prezydencką komisję śledczą. Na jej czele stanął William Rogers – prawnik z wypracowanym autorytetem, były prokurator generalny i sekretarz stanu. Obok niego zasiadło dwunastu ekspertów, z naciskiem na inżynierów, fizyków, wojskowych, byłych pilotów oraz astronautów. Na liście figurowały gorące nazwiska, m.in. pierwszego człowieka na Księżycu Neila Armstronga, pierwszej amerykańskiej astronautki Sally Ride i przede wszystkim sławnego fizyka, laureata Nagrody Nobla, miłośnika bongosów i wszelakich łamigłówek – Richarda Feynmana.

Na pomysł zaangażowania popularnego profesora wpadł dyrektor NASA, William Graham. Nie był to wcale oczywisty wybór, ponieważ Feynman miał wtedy na karku już 68 lat, poważne problemy zdrowotne i absolutnie nie przejawiał ochoty na brodzenie w politycznym bagnie. Na dodatek był teoretykiem i specjalizował się w elektrodynamice kwantowej, a nie inżynierii kosmicznej czy astronautyce. Graham pozostawał jednak wiernym fanem Feynmana (uczęszczał na jego wykłady w Caltechu) i liczył przede wszystkim na jego bezkompromisowość i krnąbrny charakter.
Jak wiemy ze wspomnień Feynmana, kiedy usłyszał on, że ma się stawić w Waszyngtonie, myślał tylko o tym… jak się z tego wykręcić. Nie znalazł jednak nigdzie wsparcia. Wszyscy koledzy, których pytał o zdanie, zachęcali go do udziału w komisji. Do wyjazdu przekonywała go nawet żona, Gweneth:
Jeżeli ty tego nie zrobisz, to dwunastu przysięgłych będzie jeździć z miejsca na miejsce. Jak ty się przyłączysz, jedenaście osób będzie tak samo jeździć z miejsca na miejsce, ale dwunasty będzie węszył po kątach i badał wszystkie podejrzane sprawy. Pewnie nic tam nie ma, ale jeżeli jest ty to znajdziesz. Nikt inny nie potrafi tego tak jak ty.
R. Feynman, “A co ciebie obchodzi, co myślą inni?”
Wjazd na ambicję okazał się skuteczny. Fizyk przyjął wyzwanie, ale z zastrzeżeniem, że bez względu na okoliczności spędzi w stolicy najwyżej pół roku i ani dnia dłużej. Nawet jeżeli w tym czasie nie rozwikła sprawy, potem wraca do swojego życia w słonecznej Kalifornii.
Zostawmy na chwilę Feynmana i przyjrzyjmy się bliżej anatomii promu kosmicznego. Wahadłowiec to bardzo złożona hybryda. Skrzydlaty orbiter (ta część z załogą i ładunkiem) pozostaje przyczepiony do gigantycznego pomarańczowego zbiornika paliwa (External Tank, ET), wypełnionego 740 tonami ciekłego wodoru i tlenu. Do tego dochodzą dwa białe boostery na paliwo stałe (Solid Rocket Boosters, SRB). To one generują większość ciągu potrzebnego do oderwania całego tego zestawu od ziemi i są dla tej historii najistotniejsze.

Przede wszystkim musisz wiedzieć, że SRB‑y nie były jednolitymi metalowymi rurami, lecz składały się z kilku połączonych segmentów.
Dlaczego składano je z osobnych klocków?
Z przyczyn praktycznych i zupełnie prozaicznych. Zaczynając od uproszczenia produkcji, przez łatwość serwisowania, aż po przewóz. Logistyka była nie lada wyzwaniem, ponieważ silniki na paliwo stałe produkowały zakłady Morton Thiokol w pobliżu Brigham City w stanie Utah. Żeby dostarczyć segmenty na Przylądek Canaveral, wagony kolejowe musiały pokonać drogę 3,2 tysiąca kilometrów!

To dystans jak z Warszawy do Kuwejtu (tak, Ameryka jest całkiem spora). I to nie jeden raz, bo SRB‑y były rakietami wielokrotnego użytku. Po wyczerpaniu paliwa były odrzucane i spadały na spadochronach do oceanu, następnie wyławiane, rozkręcane i znów posyłane do Utah, gdzie czekał je remont.

W tej sytuacji dzielenie 85-tonowych cylindrów na mniejsze elementy i składanie ich na miejscu, wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem. Ma ono jednak poważną cenę konstrukcyjną. Każde dodatkowe złącze to dodatkowy słaby punkt i potencjalna nieszczelność. Nie muszę pisać, że w przypadku pojemników wypełnionych setkami ton łatwopalnych substancji, to nie najlepsza wiadomość.
Po to wynaleziono uszczelki.
Na złączach SRB-ów instalowano gumowe obrączki o grubości 7,11 milimetra, nazywane O‑ringami. Były wykonywane z elastomeru fluorowęglowego (Viton) – materiału dobrze znoszącego ścieranie, wibracje oraz kontakt z paliwem. Na dodatek, każdą szczelinę zabezpieczano podwójnie, pierścieniem głównym i zapasowym, ułożonymi w rowkach wokół korpusu silnika. Szkopuł w tym, że cała ta nadmiarowość (po inżyniersku: redundancja) ma sens tylko w przypadku odosobnionej wady jednej z uszczelek. Nie pomoże natomiast, jeżeli defekt dotyczy samego materiału, a tym samym skuteczności wszystkich O‑ringów w danych warunkach.

Richard Feynman nie był może ekspertem od inżynierii kosmicznej, ale nadrabiał wszelkie braki ciekawością. Pojechał do Jet Propulsion Laboratory, osobiście przesłuchał konstruktorów, obejrzał wszystkie dostępne nagrania startu, zwiedził Centrum Kosmiczne Kennedy’ego i zaczął zadawać mnóstwo niewygodnych pytań.
W ten sposób naukowiec szybko zidentyfikował źródło problemu i zrozumiał, że piętą achillesową O‑ringów była podatność na niską temperaturę. Żeby uszczelka spełniała swoją funkcję musi być elastyczna, dynamicznie reagując na pojawiające się odkształcenia. Podczas startu wahadłowca nie ma miejsca na subtelności: złącza pracują pod ogromnym obciążeniem, a gorące gazy szukają choćby milimetra drogi ucieczki. Tymczasem Viton po schłodzeniu tracił sprężystość, nie nadążając z wypełnianiem powstających nieszczelności.
Tymczasem 28 stycznia 1986 roku Florydę nawiedził wyjątkowo dotkliwy przymrozek.

Feynman nie miał większych wątpliwości, co do głównej przyczyny tragedii, ale nie rozumiał, dlaczego na ewidentne ograniczenia O‑ringów nie zwracano uwagi już wcześniej. Cóż… zwracano. Przeglądając stosy dokumentów, noblista trafił na raport przestrzegający przed “brakiem właściwego wtórnego uszczelnienia, co stanowi istotne zagrożenie”. Istotne.
Autor raportu wiedział, że w niekorzystnych warunkach redundancja istnieje tylko na papierze. Został jednak zbagatelizowany. Nie był jedyny.
Na jedno z posiedzeń komisji Rogersa wezwano Rogera Boisjoly’ego, pracownika Morton Thiokol Company – wykonawcy SRB-ów. Inżynier wstrząsnął słuchaczami zeznaniem, że już pół roku wcześniej osobiście ostrzegał NASA, wskazując na słabe punkty O‑ringów. W tym na utratę właściwości w niskiej temperaturze. Katastrofa nie zdarzyła się wcześniej tylko dlatego, że Floryda to z zasady ciepły region i dotąd żaden wahadłowiec nie startował, gdy termometr wskazywał mniej niż 12°C.
Podobne przestrogi formułował Allan McDonald, projektant silników Morton Thiokol Company. Bezpośrednio przed lotem odmówił on podpisania formularza autoryzacyjnego. W jednym z późniejszych wywiadów opisał, jak to wyglądało z jego perspektywy:
Zwróciłem się do kadry zarządzającej NASA. (…) Powiedziałem, że nie można zaakceptować [startu] ponieważ wy wiecie i ja wiem, że prosicie o lot z tymi silnikami rakietowymi na paliwo stałe, poza temperaturą, w której zostały dopuszczone do użytku. (…) To jest sprzeczne z protokołem, więc nie można tego zaakceptować. (…) Powiedzieli: wiesz, że to nie powinno cię martwić, ale przekażemy twoje opinie komu trzeba. Poszedłem po faks na drugim końcu budynku, więc zajęło to trochę czasu. A kiedy go przyniosłem, byli na telekonferencji z jednym z członków zarządu misji. Ponieważ nie było mnie 15–20 minut, przypuszczałem, że rozmawiali wcześniej o problemie z pierścieniami uszczelniającymi. Byłem zszokowany, gdy później dowiedziałem się, że nigdy o tym nie wspomnieli.
A. McDonald, “Space Shuttle Challenger Disaster: Ethics Case Study No. 1”
McDonald zeznawał przed komisją kilkukrotnie. Nie tylko powtórzył, że Challenger wystartował wbrew sprzeciwom jego i innych ekspertów, ale również oskarżył dyrektorów o stosowanie presji i stawianie harmonogramu ponad bezpieczeństwem astronautów.
Posiadanie kręgosłupa wiąże się z bólem, dlatego Boisjoly i McDonald zostali zdegradowani przez Morton Thiokol, w “podziękowaniu” za naruszenie wizerunku firmy. Po latach opowiadali, że obrywało im się również od kolegów, obawiających się zwolnień po ewentualnym ograniczeniu programu wahadłowców. Ostatecznie jakoś przetrwali w branży, ale chyba tylko dlatego, że ich sytuacji uważnie przyglądał się Kongres i opinia publiczna.
To jak ważna jest opinia publiki rozumiał też Feynman. Dlatego podczas sesji 11. lutego postanowił pokazać obywatelom, co doprowadziło do katastrofy, przeprowadzając być może najsłynniejszą demonstrację w historii telewizji. A na pewno w historii transmitowanych komisji śledczych.
Podczas posiedzenia w całości poświęconego O‑ringom, noblista poprosił obsługę o szklankę wody z lodem. Bynajmniej nie po to, żeby ugasić pragnienie. Wyciągnął z kieszeni próbkę materiału, z jakiego wykonano O‑ringi, założył na niego małe imadełko i wrzucił do zimnej wody.
Głównym punktem programu tego dnia były zeznania Lawrence’a Mulloya, kierownika z Centrum Lotów Kosmicznych im. Marshalla, który bardzo starał się przekonać słuchaczy, że dane na temat właściwości uszczelek nie były jednoznaczne. W pewnym momencie Feynman przerwał mu, wyciągając ze szklanki kawałek gumy i ściągając z niej zacisk. Bez ceregieli przeszedł do sedna:
Zauważyłem, że po zwolnieniu zacisku guma nie wraca do swojej poprzedniej formy. To znaczy, że przez ponad kilka sekund ten konkretny materiał nie wykazuje elastyczności w temperaturze zera stopni. Wydaje mi się, że ma to pewne znaczenie dla rozpatrywanego przez nas zagadnienia.
R. Feynman
Oczywiście w oficjalnym raporcie komisja musiała oprzeć się na poważniejszych dowodach, jak opinie ekspertów i wyniki analiz laboratoryjnych. Jednak mały pokaz Feynmana miał znaczenie, ponieważ uzmysławiał wszystkim, że do zrozumienia tego konkretnego defektu nie trzeba doktoratu. Guma nie uszczelniała boosterów jak należy, bo w niskiej temperaturze traciła swoją sprężystość. Nie był to szalenie złożony niuans, który jakiś dyrektor lub menadżer mógł po prostu przeoczyć.
Komisja miała już wszystko, żeby zrekonstruować przebieg tragicznych wydarzeń. Kiedy Challenger odrywał się od platformy, zesztywniałe O‑ringi w prawym SRB-ie nie zabezpieczyły złącza między dolnymi segmentami rakiety. Gorące gazy zaczęły się wydostawać na zewnątrz – najpierw jak pióropusz rozgrzanych produktów spalania, a zaraz potem jako wyraźny płomień. Gazy ulatniały się z boku rakiety już w pierwszych sekundach, czego nie było widać na większości nagrań, pokazujących maszynę z drugiego profilu.

Strumień podczas lotu stopniowo uszkadzał dyszę silnika, elementy w pobliżu złącza oraz uchwyt łączący SRB z zewnętrznym zbiornikiem paliwa. Po siedemdziesięciu trzech sekundach konstrukcja pękła. Rakieta na paliwo stałe oderwała się i uderzyła w External Tank (czyli ten duży pomarańczowy cylinder wypełniony wodorem i tlenem). Zbiornik eksplodował, a wahadłowiec rozpadł się na kawałki. Uwolnione SRB‑y jeszcze przez chwilę przecinały niebo, rysując charakterystyczny ślad w kształcie litery “Y” – aż zostały zdalnie zdetonowane.
Wszyscy zginęli w wybuchu?
Rzeczywistość była jeszcze bardziej ponura. Kabina z astronautami oderwała się od reszty maszyny, pozostając jeszcze przez 25 sekund na trajektorii wznoszącej, aż do pułapu około 20 kilometrów, po czym zaczęła spadać.

Pewności nie ma, ale istnieje szansa, że mimo przeciążeń i dekompresji, część załogi nie tylko przeżyła, ale nawet zachowała przytomność. Świadczy o tym to, że co najmniej trzy awaryjne pakiety tlenowe zostały ręcznie aktywowane. Po 2 minutach i 45 sekundach aluminiowa puszka uderzyła w wodę z prędkością 334 km/h. Wrak opada na dno oceanu.
W czerwcu 1986 roku Komisja Rogersa wydała 260-stronicowy raport. Wniosek był jednoznaczny: strata promu była spowodowana awarią złącza oraz uszkodzeniem uszczelek. NASA została oskarżona o zaniedbania, natomiast Morton Thiokol Company – o produkcję wadliwych podzespołów i niewłaściwe komunikowanie ryzyka. Raport mówił też o czymś głębszym: fatalnej kulturze organizacyjnej, w której presja wyniku i terminarz stały się ważniejsze od procedur.
Ale wyciągnięto wnioski, prawda? PRAWDA?
Zaczęły się roszady personalne, wypłacono odszkodowania, a NASA zawiesiła wszystkie planowane loty wahadłowców na dwa i pół roku. Przeprojektowano O‑ringi, zmieniono procedury startowe, wprowadzono nowe protokoły bezpieczeństwa.
Chciałbym powiedzieć, że wszystkie te ruchy wyeliminowały ryzyko kolejnej katastrofy. Niestety siedemnaście lat później, w lutym 2003 roku zniszczeniu (tym razem podczas wejścia w atmosferę) uległ prom Columbia. Znów życie straciło siedem osób. Ale to inna historia. Cały program STS został zakończony po 135. misjach w 2011 roku.
Co do Richarda Feynmana, dopisał on własne podsumowanie do raportu, w którym pastwił się nad polityką NASA oraz ludźmi, którzy nie znali, albo nie chcieli znać oceny ryzyka misji. Zauważył m.in., że w oficjalnych komunikatach agencja szacowała prawdopodobieństwo awarii na 1 do 100 000. Według nich, gdyby wahadłowce startowały codziennie, wypadek zdarzałby się średnio raz na 270 lat. Nie trzeba mieć Nobla do tego, żeby powtórzyć za Feynmanem, że “to czyste szaleństwo”. Liczba została wzięta z sufitu. Najdobitniej świadczyły o tym opinie członków samego sztabu technicznego, którzy na pytanie o ich ocenę ryzyka, podawali szacunki bliższe 1:100. Co najwyżej 1:200.

Różnica była więc kolosalna, a kierownictwo podejmowało decyzje w oparciu o własną propagandę. Spójrzmy też na sprawę szerzej. Christa McAuliffe i tysiące uczestników projektu Nauczyciel w Kosmosie, zostało wprowadzonych w błąd. Cywile zgłaszali swoją kandydaturę do udziału w misji, wierząc że lot wahadłowcem jest równie bezpieczny, co podróż samolotem do Europy.
Komisja miała opory przed zaprotokołowaniem wszystkich wniosków Feynmana. Dopiero gdy ten zagroził, że w innym razie nie podpisze raportu, zaakceptowano jego ustalenia jako formalny załącznik. Całość zwieńczyło zdanie, które pozostaje doskonałą puentą dla całej historii Challengera:
Aby technologia odniosła sukces, rzeczywistość musi wziąć górę nad budowaniem wizerunku, bo natury nie da się oszukać.
R. Feynman

Feynman naprawdę musiał mieć niezłą pozycję, aby móc pisać takie rzeczy w raporcie. Zgaduję, że gdyby podobnej rzeczy spróbował inny członek komisji, nie udałoby mu się to.
Był niezależny — i tyle. Mogli Mu nadmuchać w gwizdek :))
W tym temacie serdecznie polecam książkę Adama Higginbothama “Katastrofa Challengera”. Autor opowiada w niej historię programu promów kosmicznych, rzetelnie opisując tak wszystkie trudności, z którymi program musiał się mierzyć jak i kolejne zaniedbania, do których dochodziło po drodze. Finalna katastrofa jawi się jako coś, co nie miało prawa się zdarzyć — biorąc pod uwagę, ile po drodze trzeba było podjąć błędnych decyzji, ile procedur zlekceważyć i jak wiele ostrzeżeń zignorować. Sama książka napisana jest w sposób interesujący i angażujący czytelnika — głównie za sprawą nieoczywistego pomysłu, by historię programu przedstawić przez pryzmat kolejnych zaangażowanych weń osób.
Jeśli ktoś jest zainteresowany, gorąco polecam obie części biografii Feynmanna (druga część jest głównie o jego pracy w komisji) – człowiek niesamowity i świetny w opowiadaniu historii!
Od kiedy przeczytałem biografię Feynmanna jestem jego fanem. Historie z o‑ringiem słyszałem już wcześniej, ale dopiero dzięki artykułowi dowiedziałem się jak ta historia wyglądała w szczegółach.
Jaki świat byłby piękny gdyby każda komisja śledcza mogła mieć takiego swojego Feynmana… Taką osobę co się uprze i ma taką siłę przebicia że nie ma że zrobimy coś bez niej. Ależ by było pięknie… I to ciekawe że ważnym ludziom łatwo wyłącza się dbanie o bezpieczeństwo czy przestrzeganie reguł kiedy chodzi o projekt jakim zarządzają i jakaś wtopa odbije się na ich wizerunku. I że wtopa typu “katastrofa i śmierć całej załogi” to mniejsza wtopa niż przesunięcie terminu i rozczarowanie mediów.
Za każdym razem, gdy wchodzę na alejakto jestem pod wrażeniem doboru tematów i jakości ich opracowania. Każdy artykuł czyta się z przyjemnością. 🙂
O, akurat sobie czytam ponownie “Sens tego wszystkiego”. Całą historię niby znam, ale z przyjemnością przeczytałem Twoją relację. Feynman to był niesamowity gość!
Bo Feynman to był mądry gość. Na jego “Wykładach” uczyłem się fizyki, a potem czytałem je jako lekturę do fajki i koniaczku. Były czasy…
Kiedyś to było, teraz to nie ma.
Czy kogoś spotkały w ogóle jakieś konsekwencje prawne?