W nie­dzie­lę 8 lutego stacja pomia­ro­wa Skep­p­shol­men pod Sztok­hol­mem odno­to­wa­ła spadek poziomu wody na Bałtyku o 69,7 cm poniżej śred­niej. Tym samym Szwedzi ogło­si­li pobicie poprzed­nie­go rekordu zare­je­stro­wa­ne­go w tym samym miejscu w marcu 1972 roku. Nie­co­dzien­ny ubytek potwier­dził polski Insty­tut Oce­ano­lo­gii PAN zauwa­ża­jąc, że mamy do czy­nie­nia z naj­niż­szym pozio­mem morza w histo­rii sys­te­ma­tycz­nych obser­wa­cji pro­wa­dzo­nych od 1886 roku.

Wraz z wodą opadł też poziom inter­ne­to­we­go komen­ta­ria­tu, odsła­nia­jąc dno:

Gdyby głupota denia­li­stów była źródłem energii odna­wial­nej, jutro mogli­by­śmy zamknąć wszyst­kie elek­trow­nie węglowe. Nie, obecny stan Morza Bał­tyc­kie­go nie ma nic wspól­ne­go z kli­ma­tem, top­nie­niem lodow­ców, paro­wa­niem wody, ani tym bar­dziej z zakręt­ka­mi. Ogólny poziom wszech­oce­anu nadal przy­ra­sta o około 3–4 mili­me­try rocznie, nato­miast opi­sy­wa­na ano­ma­lia jest lokalna i tymczasowa.

Ale czy poziom morza nie powinien być zawsze i wszędzie równy… no, poziomowi morza?

To tak nie działa. Mówiąc o pozio­mie morza, w rozu­mie­niu punktu zero­we­go, od którego mie­rzy­my wyso­kość terenu – mamy na myśli wartość uśred­nio­ną dla całego świata. Bo chociaż oceany i morza tworzą system naczyń połą­czo­nych, to jest to system na tyle roz­le­gły i dyna­micz­ny, że wyso­kość wody w poszcze­gól­nych zbior­ni­kach wcale nie musi być iden­tycz­na. I nie jest.

Dla przy­kła­du, poziom Morza Śród­ziem­ne­go jest zwykle o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów niższy niż poziom Morza Czer­wo­ne­go oraz Atlan­ty­ku. Różnice dotyczą nawet samych oceanów. Po atlan­tyc­kiej stronie Kanału Panam­skie­go lustro wody znaj­du­je się prze­cięt­nie o 20 cen­ty­me­trów niżej niż po stronie Pacyfiku.

Tak w ogóle, Kanał Panam­ski to nie tylko duży rów w ziemi, ale złożony system śluz. Naj­wyż­szy “schodek” znaj­du­je się 26 metrów powyżej morza. Nato­miast różnica pomię­dzy samymi oce­ana­mi wynosi 20 cm.

Wpły­wa­ją na to prądy morskie, wiatry, ciśnie­nie atmos­fe­rycz­ne, zaso­le­nie, tem­pe­ra­tu­ra oraz pływy. Powiem więcej: nawet gdyby usunąć wszyst­kie te czyn­ni­ki i zatrzy­mać morza w bez­ru­chu, powierzch­nia wody nadal byłaby pofałdowana. 

Dobra, akurat ten kon­kret­ny wątek nie ma związku ze sprawą Bałtyku, ale jest na tyle ciekawy, że pozwolę sobie na parę aka­pi­tów dygresji.

Kiedy napeł­niasz wannę, lustro wody jest gładkie i równe. Możesz w łatwy sposób zmie­rzyć jego wyso­kość. Problem polega na tym, że wszech­oce­an jest odro­bi­nę większy od wanny. Tak z dzie­sięć try­lio­nów razy. Zajmuje też na tyle dużą powierzch­nię, że nawet gra­wi­ta­cja Ziemi działa na jego poszcze­gól­ne części z różnym natężeniem.

Przecież Ziemia przyciąga wszędzie tak samo!

Nie do końca. Wbrew glo­bu­so­wej pro­pa­gan­dzie, kształt naszej planety odbiega nieco od ide­al­nej kuli. Jest spłasz­czo­na na bie­gu­nach, lekko wybrzu­szo­na na równiku, a pokry­wa­ją­ca ją skorupa oraz leżący pod nią płaszcz mają różną grubość i gęstość, zależ­nie od regionu. Na dodatek cała ta kon­struk­cja pozo­sta­je geo­lo­gicz­nie żywa, za sprawą ruchów kon­wek­cyj­nych, dryfu płyt tek­to­nicz­nych i tak dalej.

Rezul­ta­tem takiego stanu rzeczy jest nie­rów­no­mier­ny rozkład pola gra­wi­ta­cyj­ne­go. Ziemia przy­cią­ga do siebie materię z różną siłą, w zależ­no­ści od miejsca. Wyobraź sobie sce­na­riusz, w którym jednym pstryk­nię­ciem wyłą­cza­my wszel­kie wiatry, pływy, prądy i jed­no­cze­śnie zale­wa­my dokład­nie całą planetę wodą. Tak żeby nigdzie nie wysta­wał żaden kawałek lądu. Na powierzch­ni takiego giga­oce­anu wciąż byłoby widać roz­le­głe “wyżyny” i “niziny”. Zamiast dosko­na­le syme­trycz­nej, gład­kiej wodnej kuli, dosta­li­by­śmy pofał­do­wa­ną geoidę.

W przy­bli­że­niu bryła Ziemi jest nieco spłasz­czo­na i ma kształt elip­so­idy obro­to­wej. Gdy­by­śmy jednak chcieli wyzna­czyć linię, która dokład­nie odpo­wia­da­ła­by lokal­nym róż­ni­com w natę­że­niu pola gra­wi­ta­cyj­ne­go, zoba­czy­li­by­śmy pokrzy­wio­ną powierzch­nię geoidy.

Dla nas to zwykle bez zna­cze­nia, ale w skali nie­prze­bra­nych mas wody nawet drobne odchyły gra­wi­ta­cji robią robotę. Widać to wyjąt­ko­wo wyraź­nie u wybrze­ży Indii, gdzie wystę­pu­je potężna ano­ma­lia IOGL (Indian Ocean Geoid Low). Domnie­ma­ną przy­czy­ną jest lokalna struk­tu­ra płasz­cza: mniej­sza gęstość skał, będąca śladem dawnej prze­py­chan­ki kon­ty­nen­tów. Przy­cią­ga­nie Ziemi w tym miejscu jest osła­bio­ne o zale­d­wie ~0,005%, co jednak wystar­cza, aby woda “ucie­ka­ła” stamtąd do regio­nów o sil­niej­szej gra­wi­ta­cji. Nasza nie­ele­ganc­ka geoida ma tam wgnie­ce­nie głę­bo­kie na ponad 100 metrów.

Poziom morza nie jest glo­bal­nie jed­no­li­ty. Nawet po wyłą­cze­niu czyn­ni­ków pogo­do­wych i kli­ma­tycz­nych oceany dalej posia­da­ły­by wznie­sie­nia (na czer­wo­no) i zagłę­bie­nia (na nie­bie­sko). Naj­więk­sza dziura gra­wi­ta­cyj­na pomię­dzy Indiami i Rogiem Afryki obej­mu­je obszar 3 milio­nów km2.
W nie­któ­rych miej­scach możesz trafić też na model takiego ziem­nia­ka. Oczy­wi­ście jest to skraj­nie prze­ska­lo­wa­ny obraz geoidy, a nie praw­dzi­wa bryła naszej planety.

Zostaw­my jednak Ocean Indyj­ski z jego egzo­tycz­ną ano­ma­lią i wróćmy do Bałtyku, gdzie rządzą bar­dziej pro­za­icz­ne siły.

Nasze morze, tak dla przy­po­mnie­nia, to akwen pół­za­mknię­ty. Dość mocno odcięty od świa­to­we­go oceanu, połą­czo­ny z Morzem Pół­noc­nym wyłącz­nie przez wąskie Cie­śni­ny Duńskie Sund i Bełt. Tworzą one wąskie gardło, przez które prze­bie­ga prak­tycz­nie cała wymiana wody między Bał­ty­kiem i resztą globu. Dlatego też poziom wody w Morzu Bał­tyc­kim nie jest zbyt podatny na pływy i prądy, za to pozo­sta­je bar­dziej wraż­li­wy na wiatr, ciśnie­nie i sezo­no­we zmiany pogody.

Dokład­nie tego rodzaju czyn­ni­ki spra­wi­ły, że luty 2026 roku zapisał się w histo­rii pomiarów.

Wiatr nie tylko robi fale, lecz jest w stanie spię­trzać oraz prze­su­wać całe masy wody. Na począt­ku tego roku przez pół­noc­ną Europę prze­szły sztormy Johan­nes i Anna, wtła­cza­jąc do Bałtyku dodat­ko­wą porcję wody. Potem jednak przy­szedł wyż atmos­fe­rycz­ny – długi i uparty – a wraz z nim wiatry wschod­nie, które cier­pli­wie prze­su­wa­ły wodę na zachód, tym razem wypy­cha­jąc ją przez Cie­śni­ny Duńskie ku Morzu Północnemu.

W ten sposób w ciągu kil­ku­na­stu dni z morza uciekło przy­naj­mniej 275 kilo­me­trów sze­ścien­nych wody. Żeby to zobra­zo­wać: to mniej więcej 420 razy więcej niż mieści się w naj­więk­szym polskim jezio­rze Śniar­dwy i prawie 30 razy tyle, ile zawie­ra­ją wszyst­kie jeziora na Mazurach. 

Blisko 1,3% całej obję­to­ści Bałtyku po prostu wyszło za drzwi. W krótkim czasie poziom morza obniżył się o blisko 70 centymetrów.

Z cie­ka­wo­ści spraw­dzi­łem sobie, że naj­więk­sza na świecie aktywna stacja pompowa, nale­żą­ca do indyj­skie­go pro­jek­tu nawad­nia­nia Kale­sh­wa­ram Lift Irri­ga­tion Project, posiada wydaj­ność około 85 milio­nów metrów sze­ścien­nych na dobę. Oznacza to, że taka maszy­ne­ria potrze­bo­wa­ła­by 3200 dni (prawie 9 lat) nie­prze­rwa­ne­go dzia­ła­nia, żeby zrobić to, na co natura potrze­bo­wa­ła kilku tygodni. Nie należy lek­ce­wa­żyć wiatru.

W każdym razie było to zja­wi­sko tym­cza­so­we, wyni­ka­ją­ce z nało­że­nia się okre­ślo­nych warun­ków pogo­do­wych. Nic, co mogłoby spro­wa­dzić na nas nie­od­wra­cal­ną apo­ka­lip­sę. Woda powoli wraca na swoje miejsce i za kilka tygodni sytu­acja powinna się unormować.

Czyli długoterminowo poziom Bałtyku, tak jak innych mórz, będzie wzrastał?

I tak, i nie. Z pod­no­sze­niem poziomu morza w związku z top­nie­niem czap polar­nych jest tak samo, jak ze wzro­stem tem­pe­ra­tur: musimy pamię­tać, że mówimy o glo­bal­nej śred­niej. Pomiary sate­li­tar­ne nie pozo­sta­wia­ją złudzeń i jed­no­znacz­nie wska­zu­ją, że wody w oce­anach przy­by­wa, a wzrost z każdym rokiem nabiera tempa (3,7 mm/rok po roku 2006). Jednak zmiany nie prze­bie­ga­ją wszę­dzie jed­na­ko­wo, więc lokal­nie może nawet docho­dzić do procesu odwrotnego.

W przy­pad­ku Bałtyku sytu­ację kom­pli­ku­je jedna dodat­ko­wa, ale bardzo ważna zmienna.

Mia­no­wi­cie podczas ostat­niej epoki lodow­co­wej Pół­wy­sep Skan­dy­naw­ski i jego okolice były bru­tal­nie doci­śnię­te warstwą lądo­lo­du o gru­bo­ści docho­dzą­cej do trzech kilo­me­trów. Taka pokrywa swoje waży, więc potrafi miej­sco­wo zde­for­mo­wać skorupę ziemską i ścisnąć leżący poniżej płaszcz. Kiedy jednak lód się wycofał, a obcią­że­nie znik­nę­ło, sprę­ży­sty płaszcz zadzia­łał jak dobry materac z Ikei – zaczął powoli odzy­ski­wać dawny kształt.

Mówiąc fachowo nastą­pi­ło odbicie izo­sta­tycz­ne, które nadal nie zostało zakoń­czo­ne. Po upływie 10 tysięcy lat Skan­dy­na­wia wciąż wstaje z kolan. Widać to w szcze­gól­no­ści w regio­nie Zatoki Bot­nic­kiej, która każdego roku podnosi się o 8–10 milimetrów.

Jeśli czytasz uważnie, to pewnie zauwa­ży­łeś już, że to trzy razy szyb­ciej niż glo­bal­ny wzrost poziomu oceanu. Oznacza to, że w tym samym czasie, kiedy Pacyfik będzie zalewał Kiri­ba­ti, Szwedzi i Finowie zauważą cofanie się linii brze­go­wej. Jeśli ta ten­den­cja zosta­nie utrzy­ma­na, to za 2 tysiące lat rejon Archi­pe­la­gu Kvarken ulegnie cał­ko­wi­te­mu wynu­rze­niu, odci­na­jąc pół­noc­ną część Zatoki Bot­nic­kiej i robiąc z niej jezioro.

Skan­dy­na­wia i pół­noc­na część Bałtyku wciąż się podnosi po ustą­pie­niu lądo­lo­du. W przy­szło­ści na pewno wpłynie to na kształt linii brze­go­wej i praw­do­po­dob­nie dopro­wa­dzi do powsta­nia prze­smy­ku w okolicy Wysp Kvarken.

To świetnie! Nie musimy się martwić, że Bałtyk zaleje Gdańsk!

Wręcz prze­ciw­nie. Polska leży po “złej” stronie tej bał­tyc­kiej szali. Kiedy na północy skorupa ziemska się wynurza, na połu­dniu jest sta­bil­na, a lokal­nie nawet deli­kat­nie osiada (około 1 mm/rok). Innymi słowy, Szwedzi i Finowie mogą liczyć na hektary dodat­ko­we­go lądu, podczas gdy my będzie­my musieli zain­we­sto­wać w zapory zabez­pie­cza­ją­ce Żuławy. Zwłasz­cza, że rośnie nie tylko średni poziom lustra wody, ale również maksima podczas sztormów.

Jeśli jesteś ciekaw szcze­gó­łów, możesz odwie­dzić stronę flood.firetree.net i zoba­czyć jak zmie­ni­ła­by się mapa Polski oraz świata po pod­nie­sie­niu poziomu morza o okre­ślo­ną wartość. Wynika z niej, że wystar­czy 1 metr, aby zalać nie tylko Żuławy Wiślane, ale również Świ­no­uj­ście, Darłowo, Łebę czy Wła­dy­sła­wo­wo. Ku pokrze­pie­niu: jeśli do tego dojdzie, morze zmiecie z planszy również Kaliningrad.

A TAK W OGÓLE TO… Bałtyk ma pewien wsty­dli­wy sekret: jego głębiny są pozba­wio­ne tlenu, smutne i prak­tycz­nie martwe. Obecna ano­ma­lia może dopro­wa­dzić do wiel­kie­go wlewu świeżej, słonej wody z Morza Pół­noc­ne­go, co nieco roz­ru­sza­ło­by bał­tyc­kie eko­sys­te­my. Ale żeby nie było za dobrze, tak inten­syw­ne mie­sza­nie zawar­to­ści akwenu może jed­no­cze­śnie wypchnąć ku górze wody głę­bi­no­we bogate w fosfor. A wiesz kto lubi fosfor? Sinice. Powo­dze­nia w pla­no­wa­niu wakacji.