W genetycznym sensie wszyscy jesteśmy Afrykanami, tylko część z nas bardzo dawno temu zdecydowała się na wyprowadzkę. Naszymi przodkami są niewielkie grupki Homo sapiens, które jakieś 70 tysięcy lat temu wyszły ze swojej strefy komfortu, opuściły kolebkę i zaczęły rozlewać się po Eurazji, a później również po Oceanii i Amerykach.

No ale, skoro jako gatunek wystartowaliśmy w Afryce i rozdzieliliśmy się (pod względem biologicznym) stosunkowo niedawno, to czy nie powinniśmy wyglądać podobnie? Dlaczego w odróżnieniu od większości Afrykanów, nie wszyscy jesteśmy ciemnoskórzy?
Natknąłem się na to pytanie parokrotnie i zauważyłem, że kiedy padało, często okazywało się podszyte wątpliwościami wobec teorii ewolucji (a czasem również uprzedzeniami rasowymi). Tymczasem ewolucja – uzbrojona po zęby w arsenał współczesnej genetyki – nie tylko potwierdza nasze pochodzenie, ale również doskonale tłumaczy istnienie różnic w naszej powierzchowności.
Skąd w ogóle wiemy, że Homo sapiens byli “domyślnie” czarnoskórzy? Może pierwsi ludzie byli biali i potem niektórzy stali się ciemniejsi?
Protoplaści naszego gatunku żyli i ewoluowali w określonych warunkach. Większość dnia spędzali pod gołym niebem, znosząc żar równikowego Słońca. Sęk w tym, że poza światłem, ciepłem oraz estetycznymi wschodami i zachodami, nasza gwiazda smaga nas również niewidzialnymi promieniami UV. Ultrafiolet (szczególnie UV‑B o długość fali od 280 do 315 nm) sprawia, że nieostrożne opalanie kończy się poparzeniami, rumieniami, a przy odrobinie pecha również uszkodzeniem łańcuchów DNA, czerniakiem lub innym nowotworowym paskudztwem.

Rolę wrodzonego filtra UV pełni melanina – naturalny pigment wytwarzany przez wyspecjalizowane komórki u podstawy naskórka, nazywane melanocytami. Substancja pochłania i rozprasza energię promieniowania, nie pozwalając na demolowanie organizmu. Ciemniejsze ubarwienie skóry, nie jest zatem ozdobą, lecz biologiczną odpowiedzią na zagrożenie ze strony naszej gwiazdy.
Co ciekawe, liczba melanocytów u ludzi jest podobna. Tym co nas różni jest intensywność, z jaką pracują oraz rodzaj produkowanego pigmentu.
Rodzaj?
Mamy dwa główne rodzaje melaniny: ciemniejszą eumelaninę oraz jaśniejszą, rdzawożółtą feomelaninę. Karnacja, kolor włosów oraz barwa oczu, to w dużej mierze kwestia proporcji obu barwników.

O tym, co i w jakiej ilości będzie wytwarzał melanocyt, decyduje białkowe pokrętło, oznaczane skrótem MC1‑R (receptor melanokortyny typu 1. Nie mylić z MC3‑R i MC4‑R, związanymi z regulacją apetytu i masy ciała). Kiedy taki receptor zostanie aktywowany przez odpowiedni sygnał hormonalny, wypluje z siebie brązową eumelaninę. Jeżeli jednak nie zostanie uruchomiony, komórka przestawia się na produkcję jasnej feomelaniny.
U niecałych 2% populacji trafia się mutacja, która blokuje ten regulator, wskutek czego organizm w ogóle nie potrafi wytwarzać ciemnego pigmentu. Efektem są rude włosy. (Tym samym muszę zdementować hipotezę, jakoby miało to jakiś związek z brakiem duszy. To tylko nudna mutacja w genie kodującym białko MC1‑R).

Jeżeli natomiast organizm kompletnie zaprzestanie produkcji pigmentu, otrzymamy albinizm. U ludzi taka wada pojawia się mniej więcej raz na 20 000 urodzeń.
Choroba nie tylko całkowicie wybiela skórę, włosy, brwi i rzęsy, ale również uszkadza wzrok i oczywiście uwrażliwia na działanie UV. I owszem, bielactwo dotyka ludzi na całym globie, w tym Afrykanów. Ba, jedna z najliczniejszych społeczności albinosów zamieszkuje Tanzanię. Niestety nie mają oni łatwego życia, ponieważ tamtejsi szamani ubzdurali sobie, że części ciała albinosa, to doskonały składnik do magicznych eliksirów.

Wracając do tematu. Napisałem wcześniej, że melanina to tarcza chroniąca ludzi m.in. przed nowotworami skóry. Tak jest w istocie, ale możemy podejrzewać, że to raczej gratis niż główny powód, dla którego dobór naturalny premiował silną pigmentację skóry. Bo chociaż rak lub czerniak są przerażające, to jednak częściej atakują starszych niż młodzieńców. Mówiąc cierpkim językiem darwinizmu: skoro osobnik ma dość czasu, żeby zdążyć ze spłodzeniem potomstwa, jego późniejsza choroba nie jest priorytetem.
Co niby jest większym zagrożeniem niż rak?
Chodzi o kwas foliowy (czy jak kto woli witaminę B9). To szalenie cenna substancja, niezbędna to podtrzymania prawidłowych podziałów komórkowych. Z tego powodu współcześnie przyjmowanie kwasu foliowego profilaktycznie zaleca się prawie wszystkim kobietom w ciąży czy choćby planującym ciążę. Niedobór tej witaminy niesie ryzyko poronienia oraz szeregu wad rozwojowych płodu, od uszkodzenia cewy nerwowej, przez rozszczepienie kręgosłupa, aż po bezmózgowie.
Tymczasem tak się nieszczęśliwie składa, że promienie UV są wrogiem folianów i degradują ich cząsteczki. Ekspozycja na ostre światło słoneczne obniża poziom kwasu foliowego we krwi przyszłej mamy, podnosząc ryzyko poważnych uszkodzeń płodu. Z punktu widzenia ewolucji to gorszy kłopot od wszystkich nowotworów razem wziętych, ponieważ uderza w samą zdolność organizmu do skutecznej reprodukcji.

Nasi przodkowie mieli więc fundamentalny interes w rozwoju pigmentacji. Stąd cudowny wynalazek w postaci melaniny.
Skoro ciemna skóra była takim darem, to dlaczego niektórzy go odrzucili?
Wszystko dlatego, że ultrafiolet nie jest jednowymiarowym złoczyńcą. Owszem, bywa niszczycielski, ale jednocześnie nasza skóra go potrzebuje. Z jednej strony nadmiar UV‑B rozkłada witaminę B9, z drugiej dokładnie to samo promieniowanie jest wykorzystywane przez organizm do syntezowania witaminy D. Ta natomiast jest konieczna do prawidłowego wchłaniania wapnia i fosforanów przez ciało.
Za dużo promieni UV – dostajesz problem z embriogenezą. Za mało promieni UV – masz łamliwe kości, słabe mięśnie, obniżoną odporność i problemy z paroma innymi układami. Odpowiednia pigmentacja skóry pozwoliła to jakoś zbalansować, blokując tyle ultrafioletu ile trzeba, ale przepuszczając rozsądne minimum.
Tyle tylko, że kiedy Homo sapiens wyściubił nos poza Afrykę, trafił w odmienne środowisko.

Ludzie zaczęli zasiedlać tereny o niższym nasłonecznieniu i długich, mroźnych zimach. Sytuacja uległa odwróceniu. Ciemna skóra stała się balastem, filtrując zbyt wiele i rozregulowując chemię organizmu. Deficyt kwasu foliowego zmalał, za to pojawiły się braki witaminy D, a przez to niedobory wapnia i fosforu.
Mniejsza pigmentacja nabrała ewolucyjnego sensu. Kobieta o jaśniejszej skórze miała statystycznie zdrowsze kości, a tym samym większe szanse chociażby na przetrwanie porodu. W ten sposób surowe warunki północnej Europy i Azji dokonały brutalnej i dość szybkiej selekcji, wyraźnie premiując warianty genów obniżających poziom melaniny.
Dlatego też nakładając przeciętną pigmentację populacji na mapę świata, widać jak karnacja jaśnieje wraz z szerokością geograficzną.

Z czasem nałożyła się na to kultura, ubiór, migracje, dieta, trochę przypadku i dodatkowych mutacji – dając dzisiejszą, bogatą mozaikę kolorów.
Czy to oznacza, że my wszyscy na północy pochodzimy od jednej “białej” matki?
Nie. Przyroda ma to do siebie, że kiedy jakieś rozwiązanie działa, może zostać “wynalezione” w wielu miejscach zupełnie niezależnie od siebie. Tak też było w tym przypadku.
Współczesne badania genetyczne dowiodły, że jasna skóra w Europie i w Azji Wschodniej ewoluowały na swój sposób, różnymi ścieżkami. Na Starym Kontynencie główną rolę odegrały zestawy genów SLC45A2 i SLC24A5; z kolei na Dalekim Wschodzie kluczowy okazał się wariant OCA2/HERC2 oraz kilka innych genów związanych z melanogenezą. Biolodzy nazywają taką zbieżność konwergencją: ostateczny efekt wygląda podobnie, ale jego pochodzenie jest inne.
Inaczej też prezentuje się kalendarz zmian. W przypadku SLC24A5 mutacja mogła pojawić się w okresie między 28–22 tysiącami lat temu (ze sporym marginesem niepewności). Z kolei OCA2 zaczął krążyć po świecie nieco później – według jednego z modeli około 15 tysięcy lat temu. Rzecz jasna zarówno w Europie jak i Azji musiało minąć jeszcze wiele tysięcy lat, zanim te warianty uległy rozpowszechnieniu.
Wszystko to przypomina nam o tym, że chociaż kolor skóry od razu rzuca się w oczy, w rzeczywistości pozostaje bardzo powierzchowną i wyjątkowo plastyczną cechą człowieka. Wspomniane zestawy genów o bezdusznych oznaczeniach, to raptem parę stron wyrwanych z jednej z kilkudziesięciu tysięcy książek tworzących bibliotekę ludzkiego genotypu.
A TAK W OGÓLE TO… Jedno z ciekawszych badań na temat ewolucji pigmentacji niespodziewanie dowiodło, że “europejski” allel SLC24A5, jest pospolity również w… południowej Afryce, zwłaszcza wśród ludów Khoisan. Zdaniem biologów z Nowego Jorku, częstość występowania tego genu wydaje się zbyt duża, żeby dało się ją wytłumaczyć wpływem kolonializmu. Przypuszczalnie jest to wynik migracji zwrotnej:
część populacji, która odważyła się opuścić swój kontynent, wiele pokoleń później powróciła do kolebki, przynosząc pamiątki w postaci nowych genów.

Wyczerpujący artykuł na temat na który wielu powiedziałby, że przecież to oczywiste 🙂
“Tym samym muszę zdementować hipotezę, jakoby miało to jakiś związek z brakiem duszy.”
Pozwolę sobie zaprotestować. To zbyt daleko posunięty wniosek. A może jest tak, że dusza potrzebuje tego wspomnianego białka MC1‑R? W takim wypadku zablokowanie jego genu i brak tego białka spowoduje rude zabarwienie włosów i dodatkowo obumarcie duszy co potwierdzi słuszność obserwacji pra-pra-dziadów i ich duchownych, którzy wprawdzie białka MC1‑R nie znali ale widzieli rudy kolor włosów i znając się na duszach rozpoznali ich brak u wspomnianych rudzielców? 😉
W tekście rzuciła mi się w oczy informacja o białku MC1‑R oraz wspomnienie o MC3‑R i MC4‑R. Przyszło mi do głowy pytanie, czy istnieje MC2‑R, a jeśli tak — to za co odpowiada. I faktycznie jest taki receptor na korze nadnerczy, co wg google odpowiada za regulację produkcji hormonów w tym narządzie.
Poza tekstem — informacje o nowych wpisach na alejakto czerpię z facebooka (śledząc stronę jako profil prywatny i osobno jako profil blogowy) oraz z listy czytelniczej na blogger.com. Zastanawiające jest to, że na facebooku informacja o tym wpisie pojawiła się normalnie, ale na bloggerze — mimo że wcześniejsze wpisy też pojawiły się normalnie — to ten konkretny jakoś się nie pokazał…
“Naszymi przodkami są niewielkie grupki Homo sapiens, które jakieś 70 tysięcy lat temu wyszły ze swojej strefy komfortu, opuściły kolebkę i zaczęły rozlewać się po Eurazji”
Jakiego komfortu — potworne upały, lwy i nosorożce? Po prostu poszli szukać spokojniejszych miejsc i umiarkowanego klimatu 😅
I wymienili lwy na tygrysy szablastozębne, nosorożce na wersję włochatą, słonie na mamuty. A do tego wilki, niedźwiedzie i mrozy (a przez to konieczność szybkiego nauczenia się wytwarzania ubrań). Ale za to brak chorób tropikalnych i mniej wszelkiej maści owadów. Za to za lwami prędko nie zaczęli tęsknić, lwy występowały naturalnie aż w dzisiejszej Turcji i Grecji (tak, Herakles żeby udusić lwa nie musiał zrobić wycieczki do Afryki), daleka droga żeby zauważyć różnicę.
To że się szuka nie daje gwarancji że się znajdzie. Ale warto próbować. Niektórzy w końcu trafili nieźle bo w okolice śródziemnomorskie gdzie zapoczątkowali cywilizację antyczną 😉
ale zajebisty lew na pierwszym rysunku, Adamie Twoje rysunki powinny wisieć w Luwrze, przynajmniej wiadomo o co w nich chodzi
Dziękuję! Myślałem, że kolor skóry jest determinowany przez równowagę między produkcją wit D a ryzykiem nowotworów. Ale okazuje się, że tutaj wchodzi cały na biało kwas foliowy i przejmuje pałeczkę😁
Swoją drogą wszelkie choroby, które objawiają się po okresie reprodukcji, dałoby się wyeliminować chyba tylko poprzez sztuczny dobór i dopuszczenie do rozrodu tylko osób zdrowych-trochę jak w hodowli zwierzęcej…
Pierwszy rysunek powinien być zatytułowany “Pożegnanie z Afryką”
Cholera, że też na to nie wpadłem!