Chyba powi­nie­nem zacząć od prze­pro­sin. Przez ostat­nie kilka mie­się­cy byłem nie­obec­ny. Robiłem minimum, opu­bli­ko­wa­łem trochę arty­ku­łów (i to całkiem dorod­nych), ale poza tym prak­tycz­nie znik­ną­łem. Fan­pejdż zamarł, na maile odpi­sy­wa­łem z opóź­nie­niem, a na komen­ta­rze prak­tycz­nie w ogóle. Żeby nie było, wszyst­kie czy­ta­łem, ale odpo­wiedź odkła­da­łem “na później”. 

Wybacz­cie tę niedyspozycję.

Powód mojej nie­dy­spo­zy­cji jest do bólu pro­za­icz­ny i wynika ze zmian socjo­eko­no­micz­nych, jakie dotknę­ły mnie na począt­ku tego roku. Bez wcho­dze­nia w nudne szcze­gó­ły: pracuję rów­no­le­gle w dwóch zupeł­nie różnych miej­scach. Trzech, gdyby doli­czyć blog. Oznacza to, że ostat­nie wiel­gach­ne arty­ku­ły, takie jak ten o wcho­dze­niu statku kosmicz­ne­go w atmos­fe­rę albo o bio­chi­pie wyko­rzy­stu­ją­cym ludzkie neurony, powsta­wa­ły w czwart­ko­we wie­czo­ry, piąt­ko­we popo­łu­dnia i soboty, zaś ilu­stra­cje do nich w niedziele. 

Ale nie o tym miałem dziś pisać. W końcu, kto w dzi­siej­szych czasach ma komfort odpo­czy­wa­nia w weekend albo prze­sy­pia­nia całej nocy?

Nie­do­ce­nio­ną zaletą cią­głe­go zabie­ga­nia jest to, że czło­wiek nie ma czasu na chwilę reflek­sji. Robi rzeczy, zanim dotrze do niego, że nie mają one sensu. W ten sposób, dopiero po pięciu mie­sią­cach zna­la­złem moment, żeby sobie popa­trzeć jak mój inter­ne­to­wy kwia­tu­szek kwitnie.

No i patrzę, a tu sterczy uschnię­ty badyl.

Kiedy sobie klik­nie­cie na stronę główną tego prze­brzy­dłe­go bloga, w menu po prawej znaj­dzie­cie zakład­kę z popu­lar­ny­mi wpisami. Tym, co rzuca się w oczy jest fakt, że w tej topowej dzie­siąt­ce nie ma ani jednego tekstu z tego roku. Nic dziw­ne­go. Kiedy zaczą­łem spraw­dzać sta­ty­sty­ki, okazało się, że żaden z ostat­nich kil­ku­na­stu (!) arty­ku­łów nie przebił granicy 2 tysięcy wyświe­tleń. (Pomyśl o naj­głup­szym newsie albo kliknij w przy­pad­ko­wy filmik z małego, dawno zapo­mnia­ne­go kanału na YT – praw­do­po­dob­nie widzia­ło go kil­ku­krot­nie więcej ludzi).

Zaraz po prze­pro­wadz­ce, kilka pierw­szych tekstów jeszcze jako tako żarło. Jednak trend szybko się odwró­cił. Bez względu na temat, nie­za­leż­nie od tego, ile sie­dzia­łem nad arty­ku­łem, liczby tylko spadały. Trwa to już dość długo, żeby zacząć wycią­gać wnioski. 

Żeby nie ope­ro­wać na ogól­ni­kach, pozwolę sobie sięgnąć do sta­ty­styk strony oraz wyników z ankiety, którą mogli­ście wypeł­nić pod koniec ubie­głe­go roku:

  • 89,9% z bywal­ców AJT trafiło na moją twór­czość jeszcze w czasach Kwantowo.
  • 86,8% ocze­ku­je ode mnie kla­sycz­nych arty­ku­łów popularnonaukowych.
  • Czy­tel­ni­cy poniżej 24. roku życia sta­no­wią… 4% całości. Z tego tylko 0,6% to osoby do 18. roku życia. Znacz­nie łatwiej znaleźć tu emeryta niż stu­den­ta czy ucznia.
  • 77% osób ma wyższe wykształ­ce­nie, z czego 5,6% posiada doktorat.
  • 9,8% ankie­to­wa­nych wspiera moją aktyw­ność na Patro­ni­te, ale kolejne 28% zade­kla­ro­wa­ło dołą­cze­nie do tej eli­tar­nej grupy, jeżeli reak­ty­wu­ję Kwantowo.
  • Na pytanie, co dodać lub zmienić, naj­wię­cej osób (37,5%) wybrało opcję “zmar­twych­wsta­nia Kwantowo”.
  • W otwar­tym pytaniu o ulu­bio­ne arty­ku­ły, padały niemal wyłącz­nie tytuły tekstów publi­ko­wa­nych jeszcze na Kwantowo.
  • Bonus: Google wciąż nie trak­tu­je AJT zbyt poważ­nie, w związku z czym nawet zawie­szo­ne Kwan­to­wo miało 3 razy więcej wejść z wyszu­ki­war­ki od swojego następcy.

Co to wszyst­ko oznacza? Ano to, że Alejakto.pl nie osią­gnę­ło żadnego ze swoich celów. Nie zbu­do­wa­ło ani szer­szej, ani młod­szej publicz­no­ści. Nie odcięło mnie od dawnego kon­tek­stu, ani nie otwo­rzy­ło drogi rozwoju. To dziecko, które udusiło się w kołysce. A ja otrzy­ma­łem dość sygna­łów, aby przy­znać, że cały ten eks­pe­ry­ment zakoń­czył się fia­skiem. Nie ma się co obrażać – o pewnych rze­czach prze­ko­nasz się dopiero, kiedy spróbujesz.

Napi­saw­szy to, nadal odczu­wam sym­pa­tię do pro­jek­tu AJT. Podoba mi się spój­ność tego miejsca, jego pozorna pro­sto­ta i mariaż nauki z suchym humorem. Jako czy­tel­nik zawsze miałem słabość do takich autorów jak Jorge Cham, Randall Munroe, Jeff Blo­mqu­ist czy Tim Urban i cieszę się, że mogłem skosz­to­wać podob­nej formuły popu­la­ry­za­cji. Opra­co­wy­wa­nie nie­któ­rych tematów było napraw­dę niezłą zabawą.

Pozo­sta­je pytanie, co dalej? Skoro niemal wszyscy tu obecni byli czy­tel­ni­ka­mi Kwan­to­wo i ocze­ku­ją arty­ku­łów w kla­sycz­nym stylu, to naj­roz­sąd­niej­sze wydaje się wskrze­sze­nie Kwan­to­wo (przy bło­go­sła­wień­stwie świę­te­go algo­ryt­mu). Z drugiej strony, może po prostu nie mam już nic do zaofe­ro­wa­nia pol­skie­mu inter­ne­to­wi i tu czy tam, czeka mnie już tylko agonia. Jeśli tak, to równie dobrze mogę ocze­ki­wać końca tutaj.

Nie wiem i siłą rzeczy brakuje mi obiek­tyw­ne­go spoj­rze­nia na sytu­ację. Pozo­sta­ję otwarty na każdą opcję i chętnie poznam wasze zdanie. Osta­tecz­nie bez apro­ba­ty czy­tel­ni­ków żadna ini­cja­ty­wa nie ma racji bytu.

Tym­cza­sem na Patro­ni­te pojawił się nowy, spe­cjal­ny cel “Reak­ty­wa­cja Kwantowo.pl”. Nie trak­tuj­cie go jako warunek sine qua non – możliwe, że podejmę decyzję o powro­cie nie­za­leż­nie od tego. Jednak jeśli cel zosta­nie speł­nio­ny, z całą pew­no­ścią zmo­ty­wu­je mnie to do szyb­sze­go pod­ję­cia tematu. 😉

Kategorie: