Na oficjalnej stronie Światowej Organizacji Zdrowia można znaleźć definicję utonięcia. Według niej jest to proces “zaburzenia oddychania w następstwie zanurzenia w cieczy”. Chłodny, urzędniczy sposób opisania prostego faktu, że wsadzenie głowy do wiadra z wodą i wzięcie wdechu, nie jest najlepszym pomysłem. Nasze płuca wyspecjalizowały się do pobierania tlenu z powietrza, więc niespecjalnie cenią sobie kontakt z jakimkolwiek innym medium.
Jednak ciekawski człowiek może zapytać, czy dotyczy to każdej cieczy? Czy nie dałoby się wynaleźć takiej substancji, która nie byłaby gazem, ale wprowadzona do płuc ssaka, umożliwiłaby mu proces oddychania?
Jeżeli jesteś koneserem kina lat 80., taki motyw może brzmieć dla ciebie znajomo. Wykorzystał go sam James Cameron w filmie The Abyss, opowiadającym o grupie nurków badających tajemnicze zjawiska (bez spoilerowania) na dnie oceanu. W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o utlenionej emulsji fluorowęglowodorowej, po czym jej właściwości zostają brutalnie zademonstrowane na szczurze. Gryzoń przez kilkanaście sekund wierzga podtapiany w różowawej cieczy, po czym się uspokaja i zaczyna powoli oddychać.

Niezłe efekty CGI, jak na 1989 rok!
To nie jest CGI, ani żadna kukła. Cameron nakręcił tę sekwencję z prawdziwym szczurem. Zanurzonym w prawdziwej substancji.
Jeśli wierzyć reżyserowi, na planie wykorzystano pięć szczurów i wszystkie przetrwały zdjęcia. Jeden, który szczególnie źle zniósł scenę i wymagał interwencji, został podobno przygarnięty przez Camerona i był jego pupilem jeszcze podczas kręcenia Terminatora 2. (Co nie znaczy, że wszystko było w porządku. Stowarzyszenie American Humane zwróciło uwagę, że nawet jeśli zwierzę przeżyło, to zostało narażone na skrajne wyczerpanie i traumę. W Wielkiej Brytanii sekwencja została wycięta z oficjalnej wersji kinowej).
Zostawiając na boku hollywoodzkie kontrowersje, widzowie The Abyss zobaczyli na dużym ekranie powtórkę rzeczywistego doświadczenia, które niecałe ćwierć wieku wcześniej przeprowadzili biochemicy z Uniwersytetu Rochester.
W 1966 roku profesor Leland C. Clark (znany głównie jako wynalazca elektrody Clarka, służącej do mierzenia ciśnienia parcjalnego tlenu) razem z Frankiem Gollanem, opisali pierwszy przypadek ssaka oddychającego cieczą. Ich obiektem doświadczalnym była mysz zanurzona w naczyniu z natlenionym perfluorowęglowodorem C₈F₁₆O (znanym też jako Fluorinert FC-75).

Mysz pływała, ruszała łapkami, wdychała ciecz przez nos i ją wydychała. I nie zdechła. Nie od razu, w każdym razie.
Jedna z anegdot krążąca w literaturze głosi, że Clark odkrył właściwości FC-75 przypadkiem. Wcześniej jakaś mysz zrządzeniem losu miała wpaść do zbiornika z cieczą i ku zdziwieniu naukowca przeżyć. Bo jak wiadomo po każdym laboratorium biegają samopas białe myszki i od czasu do czasu wpadają do otwartych pojemników z różnymi podejrzanymi substancjami. Dokładnie tak się dokonuje postęp.

W ten czy inny sposób amerykańscy biochemicy odkryli, że związki z rodziny perfluorowęglowodorów (fluorokarbonów, PFC) – oparte o długie łańcuchy węgla i fluoru – całkiem nieźle dogadują się z płucami. Są obojętne chemicznie, niemieszalne z wodą, zupełnie nietoksyczne, a przede wszystkim można w nich rozpuszczać tlen. Dużo tlenu. Jakieś trzydzieści razy więcej niż w wodzie, co teoretycznie oznacza, że jeżeli wypełnisz nim pęcherzyki płucne, zdołasz podtrzymać organizm przy życiu.
No dobra, ale czy dotyczy to również organizmu człowieka?
Pierwszym ludzkim ochotnikiem, który pozwolił napełnić swoje płuca cieczą był komercyjny nurek i miłośnik freedivingu o swojskim nazwisku – Frank Falejczyk. Próba nastąpiła zaledwie kilka lat po myszach, ale akurat nie miała nic wspólnego z eksperymentami Lelanda Clarka.
Niemal równolegle własne zaawansowane badania nad dyfuzją gazów i zaopatrzeniem komórek w tlen prowadził Johannes Kylstra. Naukowiec z Duke University nie używał jeszcze PFC, tylko zwykłej soli fizjologicznej, do której wtłaczał tlen pod wysokim ciśnieniem.
Falejczyk musiał podpisać dokument zwalniający zespół badawczy z odpowiedzialności prawnej, gdyby coś poszło nie tak – a ryzyko było zdecydowanie niezerowe. Dopiero po tym zaproszono go do laboratorium, gdzie założono mu specjalną maskę, przez którą pompowano ciecz wzbogaconą tlenem. Minęła chwila zanim nurek stłumił w sobie naturalny odruch wstrzymania oddechu i pozwolił napełnić swoje płuca solą fizjologiczną.

Falejczyk przeżył, stając się de facto pierwszym człowiekiem na Ziemi, który doświadczył oddychania cieczą. Problem przyszedł później. Okazało się, że łatwiej wprowadzić substancję do układu oddechowego, niż ją w naturalny sposób wyprowadzić. Skończyło się na powikłaniach i ciężkim zapaleniu płuc.
Mimo to eksperyment Kylstry uznano za sukces. Sam ochotnik też wykorzystał swoje pięć minut sławy: odwiedzał uniwersytety i szkoły opowiadając młodym ludziom o swojej niezwykłej przygodzie. (Jednej z takich prelekcji przysłuchiwał się nastolatek, który marzył o karierze wielkiego reżysera. Opowieść Falejczyka zafascynowała go na tyle, że obiecał sobie wykorzystać ten fantastyczny motyw w jednym ze swoich przyszłych dzieł).
Wow, czyli oddychanie cieczą to nie tylko fantastyka!
Sprawa jest bardziej złożona. Doświadczenia Clarka i Kylstry dostarczyły wielu istotnych informacji, ale jednocześnie dowiodły, że wprowadzanie ciekłej substancji do płuc – czy to PFC czy soli fizjologicznej – ma swoje ograniczenia i zawsze będzie ryzykowne. Są tu trzy główne problemy:
- Proces oddychania odpowiada nie tylko za dostarczanie tkankom tlenu, ale również za odbieranie CO2. PFC radzi sobie skutecznie tylko z pierwszym z tych zadań. Przy bezpiecznym ciśnieniu, na dłuższą metę krew zostałaby zanieczyszczona przez dwutlenek węgla.
- Płuca, przepona i cała reszta układu oddechowego ssaków wyewoluowały do przesuwania gazu, nie cieczy – i to gęstszej od wody. Długotrwałe samodzielne oddychanie perfluorowęglowodorem byłoby potworną męczarnią dla całego organizmu. Groziłoby również uszkodzeniem wrażliwych odcinków dróg oddechowych.
- To, o czym już wspomniałem, czyli powrót do oddychania powietrzem. Wyprowadzanie cieczy z pęcherzyków jest trudne, grozi nierówną wentylacją, spadkami utlenowania, podrażnieniami tkanki i wreszcie infekcjami.

Podczas kolejnych testów na zwierzętach – głównie myszach i kotach – Kylstra zdołał podtrzymać oddychanie cieczą (tym razem PFC) przez około godzinę. Niestety część osobników padała później, właśnie w związku z powikłaniami powstałymi przy usuwaniu substancji z układu oddechowego.
Innymi słowy, zastąpienie powietrza cieczą jest wykonalne, ale niebezpieczne i uciążliwe. Procedura z całą pewnością nie przebiega tak gładko jak w The Abyss, gdzie Ed Harris po prostu wciągnął perfluorowęglowodór do płuc i po chwili dyskomfortu był gotowy do ratowania świata.

Co nie znaczy, że medycyna odpuściła sobie temat. Chociaż PFC nie znalazł zastosowania wśród nurków głębinowych, przez długi czas wydawało się, że odpowiednio wykorzystany, posłuży do ratowania życia. Lekarze zaczęli eksperymentować z zabiegami, podczas których płuca pacjentów wypełniano cieczą tylko częściowo, wspomagając organizm pracą respiratora. To tak zwana częściowa wentylacja płynem (partial liquid ventilation, PLV).
Tylko po co lekarze mieliby podtapiać pacjentów?
Medycy mieli nadzieję, że największe wady PFC okażą się zbawienne z punktu widzenia różnego rodzaju niewydolności oddechowych. Logika była następująca: ciężka i gęsta ciecz łatwo spływa do dolnych partii płuc, rozprężając zapadnięte pęcherzyki (liquid PEEP). Badania u dorosłych pacjentów dały jednak mocno mieszane rezultaty.
Bardziej obiecującym kierunkiem wydawało się wykorzystanie PLV na oddziałach neonatologii. W 1996 roku opublikowano głośną pracę o przetestowaniu PFC (dokładniej perflubronu) na 13 wcześniakach z ciężkimi zaburzeniami oddechu, u których zawiodły konwencjonalne metody leczenia.

Ośmioro dzieci przeżyło, a autorzy nie odnotowali żadnych powikłań wynikających z samej procedury. Jednak i tu PLV nie stała się domyślnym sposobem leczenia, wyparta przez inne, łagodniejsze i prostsze terapie.
Na tę chwilę oddychanie cieczą pozostaje więc raczej ciekawostką na marginesie nauki niż poważnym rozwiązaniem dla jakiegokolwiek problemu. Co nie znaczy, że w przyszłości wraz z rozwojem techniki i biochemii, temat nie wróci do łask.
A TAK W OGÓLE TO… Temat można ugryźć też od du** strony. Niektóre ryby (np. piskorz błotny) w warunkach niedotlenienia potrafią pobierać tlen przez jelito. Idąc tym tropem japońscy biolodzy postanowili sprawdzić, czy podobną drogą mogłyby się ratować ssaki. Żeby to sprawdzić, wstrzyknęli myszom w tyłki natlenioną perfluorodekalinę, a następnie zamknęli je w pojemniku z obniżoną zawartością tlenu. Zadziałało! Tak powstała EVA (enteral ventilation via anus), za którą w 2024 roku zespół Takanoriego Takebe otrzymał Ig Nobla w dziedzinie fizjologii.

Dzięki za artykuł.
Pamiętam tą scenę ze szczurem z filmu, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Szczerze mówiąc myślałem, że wykorzystanie płynu do oddychania jest na wyższym poziomie zaawansowania i wykorzystania. Ale jednak miliony lat ewolucji wyspecjalizowały nasz organizm do tego stopnia, że ciężko jest zastąpić powietrze czymś równie użytecznym.
Scena z Abyss do dziś siedzi w głowie. Dzięki za przypomnienie i rozwinięcie tematu👏
Bardzo ciekawa sprawa. Myslę, że tutaj głównym ograniczeniem jest brak możliwości wydalania tlenku węgla IV na dłuższą metę. Oraz budowa ssaków.
Dziękuję za bardzo przyjemny artykuł.
Szlag mnie trafia jak widzę w jak perfidny sposób do wszystkiego wykorzystywane są zwierzęta, jakby to były zwykłe przedmioty, a nie żywe stworzenia. Ile jeszcze człowiek może zadać im bólu i cierpienia zanim zrozumie, co tak naprawdę czyni.
Rozumiem zdegustowanie tym faktem, jednak alternatywa jest o wiele gorsza. Tragiczny spadek postępu medycyny, korzystanie z nietestowanych substancji, metod leczenia, zabiegów czy operacji na ślepo (a może się uda). Koniec końców i tak trzeba przeprowadzić testy na ludziach…jednak chyba lepiej gdy metoda czy lek przynajmniej w oczywisty sposób nie doprowadzi do zgonu pacjenta. Dlatego najpierw sprawdza się na innych żywych organizmach (od samych komórek po złożone organizmy, a najbliższe nam są jednak ssaki 😉 choć w niektórych przypadkach gady byłyby lepsze 😀 )
Mi też to specjalnie nie pasuje, lubię zwierzaki. Jednak rozumiem potrzebę i konieczność tego działania.
Pamiętam okładkę Młodego Technika z dawnych lat (1988?) z dokładnie tym samym zdjęciem ze szczurem i rybkami.