Mało znany fakt o sejsmologach jest taki, że należą oni do najzagorzalszych Swifties. Pilnie śledzą wielkie koncerty Taylor Swift, z niecierpliwością wyczekując każdego kolejnego wykonania “Shake It Off”, “Cruel Summer” czy “…Ready for It?”. Mają ku temu bardzo konkretny powód, który doczekał się już własnego terminu:
Swift Quake.
Powyższe określenie wślizgnęło się do literatury podczas trasy The Eras Tour, a dokładniej po dwudniowym koncercie w Seattle pod koniec lipca 2023 roku. Na płycie i trybunach stadionu Lumen Field zgromadziło się wtedy 72 tysiące fanów popu klaszczących, płaczących, krzyczących, tańczących, skaczących i kołyszących się w rytm największych hitów swojej idolki.
W tym samym czasie pobliska stacja Pacific Northwest Seismic Network rejestrowała sygnały porównywalne – jak donosiła prasa – z trzęsieniem ziemi o magnitudzie 2,3. Rekordowe, jeżeli chodzi o drgania sejsmiczne wygenerowane przez tłum ludzi.

Czekaj. Taylor Swift wywołała trzęsienie ziemi?!
Taką wiadomość można było znaleźć w wielu nagłówkach, ale… tak naprawdę to nie. Technicznie rzecz biorąc, trzęsienia ziemi kojarzy się raczej z aktywnością tektoniczną i gwałtownym rozładowaniem naprężeń wewnątrz skorupy ziemskiej. Tutaj mieliśmy do czynienia z wibracjami rozchodzącymi się po powierzchni gruntu (falami Rayleigha), wywołanymi przez entuzjastyczne harce tysięcy ludzi.
Myląca może być również podawana wszędzie magnituda. Jak zwraca uwagę Amerykańskie Towarzystwo Geologiczne: “Ponieważ wydarzenia stadionowe wyraźnie różnią się od trzęsień ziemi pod względem czasu trwania, głębokości i źródła, tradycyjne obliczenia magnitudy nie mają sensu”. Sejsmolodzy oszacowali po prostu łączną energię drgań wyemitowanych podczas koncertu i – wyłącznie dla uplastycznienia opisu – porównali ją z tym, co wyzwala naturalne trzęsienie ziemi o magnitudzie 2,3*. W tym kontekście nie jest to miara jakiegoś pojedynczego impulsu, lecz energetyczny ekwiwalent całego zdarzenia. W rzeczywistości żaden z wstrząsów wygenerowanych przez widownię podczas jednego kawałka, samodzielnie nie przekroczył wartości 0,85.
Od strony geologicznej to wielkości pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Prawdą natomiast jest, że tańce Swifties wyróżniły się na tle sejsmicznego szumu tła i zostały uchwycone przez aparaturę.
Tak w ogóle, historia badań sejsmicznych prowadzonych w kontekście imprez masowych, pozostaje ściśle związana ze stadionem w Seattle i leżącą niemal po sąsiedzku stacją sieci PNSN.
W 2011 roku na Lumen Field (wtedy Qwest Field) w ramach rozgrywek NFL odbył się pamiętny mecz pomiędzy drużynami Seattle Seahawks i New Orleans Saints. Nie będę udawał, że interesuje mnie futbol amerykański, ale widowisko musiało być przednie. Rozgrywający Marshawn “Beast Mode” Lynch zapewnił gospodarzom zwycięstwo, zdobywając przyłożenie po efektowym rajdzie w końcówce meczu. Trybuny eksplodowały radością, pozostawiając wyraźny ślad na odczytach sejsmografów.
Tamto zdarzenie okrzyknięto mianem Beast Quake. Po tym, jak widownia Taylor nawiązała do wyczynu kibiców Seahawks na ich własnym stadionie, analogicznie zaczęto mówić o Swift Quake.

Podkreślę to jeszcze raz: nawet w przypadku tych “rekordowych” wydarzeń, mówimy o bardzo, bardzo, BARDZO drobnych falach mechanicznych, których nie zauważyłbyś bez specjalistycznej aparatury. Pionowe przemieszczenie gruntu w żadnym momencie The Eras Tour nie przekroczyło 100 nanometrów. To prawie tysiąc razy mniej niż grubość ludzkiego włosa.
A jednak, nawet tak niesłychanie delikatne szmery wystarczyły badaczom do zidentyfikowania sygnatur konkretnych utworów na podstawie samych sejsmogramów! Zdumiewający pokaz precyzji i możliwości technicznych.
Najsilniejsze wibracje dotarły do stacji, kiedy piosenkarka wykonywała singiel “Shake It Off”. Uzyskany wynik zostawił daleko w tyle popisy m.in. Travisa Scotta (Rzym 2023) oraz Gartha Brooksa (Baton Rouge 2022).
A Slipknot? Sepultura? Meshuggah?
Początkowo też byłem zdziwiony, że Swifties generują silniejsze sygnały od koneserów neo-trash metalu, ale znajduje to swoje uzasadnienie w fizyce. Podstawowe znaczenie ma tu nie tyle żywiołowość, co cykliczność i długotrwała synchronizacja widowni. W ostatecznym rozrachunku podrygiwanie tysiąca fanów popu wygeneruje silniejsze drgania niż headbanging lub chaotyczne pogo tysiąca metalowców. Z podobnej przyczyny – co potwierdziły badania prowadzone na Camp Nou w Barcelonie – występy muzyczne mają co do zasady większy potencjał sejsmiczny od meczów piłkarskich.
Sympatycy Taylor Swift stanowią pod tym względem ewenement. Od kilku lat właściwie każdy duży koncert amerykańskiej gwiazdy znajduje się pod lupą naukowców. O nadspodziewanie silnych drganiach pisano jeszcze w kontekście występów m.in. w Los Angeles (SoFi Stadium 2023), Edynburgu (Murrayfield Stadium 2024) i Dublinie (Aviva Stadium 2024).

Najbardziej pieczołowicie do tematu podeszli Irlandczycy. Zespół geofizyczki Eleanor Dunn z Dublin Institute for Advanced Studies zainstalował aż 42 tymczasowe sejsmometry w różnych lokalizacjach wokół stadionu, a następnie porównywał uzyskane dane z odczytami pochodzącymi z Irlandzkiej Narodowej Sieci Sejsmicznej. Z ciekawszych ustaleń: fale wyemitowane w czasie “Shake It Off” udało się zarejestrować nawet w hrabstwie Wexford, ponad 100 kilometrów od sceny.
W sieci promowano również okolicznościowy hasztag #SwiftQuakeDublin. Naukowcy chcieli w ten sposób zachęcić ludzi do udostępniania filmów z trybun i płyty, co mogło pomóc w interpretacji pomiarów. No i przy okazji był to też kreatywny sposób na zainteresowanie opinii publicznej badaniami.
Tylko co z tego, skoro te drgania nie mają żadnego znaczenia?
Ruch gruntu mierzony w nanometrach rzeczywiście nie wydaje się znaczący i jeżeli nie nosisz w kieszeni sejsmografu, nawet go nie odczujesz. Chyba, że… przebywasz na ostatnim piętrze wysokiego budynku w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu.
W Buenos Aires mieszkańcy dzielnicy Puerto Madero od lat skarżą się na odczuwalne wstrząsy, towarzyszące imprezom na lokalnym stadionie. Może obrazy nie spadają ze ścian, ale drgania na ostatnich piętrach są podobno wystarczająco silne, żeby zakołysać lampami czy zmarszczyć wodę w akwarium. Skarg było na tyle dużo, że władze miasta w 2013 roku poprosiły o przyjrzenie się sprawie naukowców z miejscowego uniwersytetu.
Istotą problemu jest częstotliwość drgań własnych – naturalne “bicie serca” każdego budynku. To rytm, w którym obiekt – w zależności od sztywności, masy, a zwłaszcza wysokości – najchętniej kołysze się pod wpływem bodźców zewnętrznych, jak wiatr czy właśnie fale sejsmiczne. Ważne w tym kontekście staje się unikanie rezonansu, czyli sytuacji w której częstotliwość sił zewnętrznych zrównałyby się z częstotliwością własną budynku. Jeżeli do tego dojdzie, drgania ulegną spotęgowaniu. Jak w przypadku dziecka na huśtawce, które buja się coraz wyżej, jeżeli kolega popycha je w idealnym momencie.

Argentyńscy sejsmolodzy ustalili, że w przypadku badanych dwunastopiętrowych budynków z Buenos Aires, częstotliwość własna wynosi 2,1 Hz. I to rzeczywiście pozwalało na wchodzenie w rezonans z drganiami gruntu, generowanymi podczas koncertów. Aparatura zainstalowana na górnych piętrach budynków zarejestrowała przyśpieszenia w granicach 0,6–1,1% g – wystarczające żeby zachybotać żyrandolem.
Lokatorzy więc nie zmyślali: bloki mieszkalne w promieniu 3 kilometrów od stadionu, chcąc nie chcąc, biorą udział w organizowanych po sąsiedzku imprezach. Jednocześnie naukowcy uspokoili mieszkańców, że taki rezonans nie stanowi żadnego zagrożenia dla konstrukcji budynków ani ich elementów. To raczej zjawisko irytujące niż niebezpieczne.
Bo czymże jest człowiek wobec planety…
Jeśli chodzi o imprezy masowe, to racja, ale mamy też cały katalog wstrząsów wywoływanych innymi działaniami człowieka. Do przykładów tzw. sejsmiczności indukowanej można zaliczyć chociażby tworzenie sztucznych zbiorników wodnych, szczelinowanie hydrauliczne skał, tąpnięcia górnicze (pozdrawiam ze Śląska) oraz testy jądrowe.
Jednym z najpotężniejszych zdarzeń tego rodzaju była podziemna próba jądrowa Cannikin, przeprowadzona na Alasce w 1971 roku. (Ciekawostka, o której sam dowiedziałem się przed chwilą: to właśnie w czasie protestów przeciwko temu testowi narodził się Greenpeace). W szybie na głębokości 1,8 kilometra zdetonowano ładunek o mocy 5 megaton. Eksplozja wywołała wstrząs odpowiadający trzęsieniu ziemi o magnitudzie = 7 i doprowadziła do wypiętrzenia gruntu o 6 metrów.

Wobec takich zdarzeń Swift Quake to tylko sympatyczny drobiazg.
A TAK W OGÓLE TO… Zabawy z analizą drgań generowanych przez stadiony przyniosły też coś pożytecznego. Jak możemy przeczytać na blogu PNSN w Seattle, monitorowanie meczów i imprez na Lumen Field posłużyło do kalibrowania sprzętu i lepszego zrozumienia rozchodzenia się fal mechanicznych po powierzchni gruntu. To z kolei pomogło w stworzeniu nowego systemu wczesnego ostrzegania QuickShake – zdolnego wychwytywać wstrząsy z zaledwie czterosekundowym opóźnieniem.
*Magnitudę można przeliczyć na energię wyrażoną w dżulach, jednak co ważne, nie jest prosta zależność liniowa, tylko logarytmiczna. W praktyce, jeżeli energia wyzwolona podczas trzęsienia o M=2 wynosi 63 miliarda J, to dla M=3 będą to 2 biliony J, a dla M=4 już 63 biliony J. Wartość M=2,3 można porównać z wybuchem 40 kilogramów trotylu – przy czym była to energia rozsmarowana na cały czas trwania koncertu.

Hmm największy potencjał powinny więc mieć imprezy techno:)
Gdy byłem na koncercie Rammstein w Chorzowie w 2023r. też mówiło się o trzęsieniu ziemi. Przyznaję, że grają potężnie, fakt😉
https://us.edu.pl/instytut/inoz/2023/08/02/rammstein-wstrzasnal-jedna-ze-stacji-sejsmologicznych-uniwersytetu-slaskiego/
Wstrząsająco ciekawy artykuł!
Jako stary sceptyk jakoś podejrzewam, że cała ta historia z kiepską piosenkarką jest efektem ciężkiej pracy speców od marketingu :))
Mało kto tak ma że za co się nie weźmie to jest ciekawe